Donbas nie Krym

Majdan 1942

Ślimacząca się do tej pory operacja antyterrorystyczna nabrała wigoru. Rebelianci zajęli lotnisko w Doniecku i szybko, choć po ciężkich bojach zostali z niego wyparci.

Ukraińska armia rzuciła wszystko, co miała – śmigłowce, samoloty i desant. Separatyści z ciężkimi stratami musieli wycofać się do centrum miasta. Pierwszy raz Kijów pokazał im, że łatwo nie będzie. I nikt bez walki niczego nie odda.

Lotnisko to poważna sprawa, nie jakiś tam budynek administracji, czy rady miasta. Ukraińskie władze dobrze pamiętają, co się stało, gdy straciły lotnisko w Symferopolu. Rozzuchwalone „zielone ludziki” w ciągu kilkunastu dni przejęły kontrolę nad całym Półwyspem.

Zdaje się, że tym razem Kijów nie chce popełnić takiego samego błędu – to jest stracić prowincje, przy zachowaniu podręcznikowej bierności.

Ryzyko tak twardych działań jest jednak ogromne – walki mogą przenieść się z przedmieść do centrum wielkiego, prawie milionowego miasta. Cywilnych ofiar nie da się uniknąć – już są pierwsze. Moskwa już gniewnie pomrukuje, a za chwilę zacznie grozić. Na Zachód raczej nie ma co liczyć – co dobrze pokazała aneksja Krymu.

Separatyści szykują się do walk w mieście, budują barykady na drogach wjazdowych i oczekują na posiłki.

Poprzedniej nocy przez rosyjsko – ukraińską granicę (Nowoprochorowka – Astachowo, w obwodzie Ługańskim) przerwał się transport ciężarówek wypełnionych bronią i „ochotnikami”. To znaczy, że Ukraińcy nie kontrolują granic, a Rosja dywersantów przepuszcza – to są niepokojące dla zwolenników zjednoczonego państwa wiadomości.

Co to za „ochotnicy”? Na pewno to nie regularna rosyjska armia tak jak to było na Krymie. Inne uzbrojenie, inne mundury, inna dyscyplina. Wyglądają raczej na zbieraninę zaprawionych w bojach najemników. Bez wiedzy Kremla oczywiście nie hasaliby sobie po sąsiednim kraju. Jednak wydaje się, że to nie Kreml koordynuje akcję.

Za to w sprawie rebelii wyjątkowo aktywny jest Ramzan Kadyrow prezydent rosyjskiej Czeczenii. Na Krymie ostrzegał Tatarów przed buntem. Na wschodzie negocjował, z sukcesem, uwolnienie dwóch dziennikarzy rosyjskiej stacji Lifenews, których ukraińska armia zatrzymała pod zarzutem współpracy z terrorystami.

Aleksandr Łukianienko, mer Doniecka powiedział oficjalnie, że wśród rannych w walkach o lotnisko jest ośmiu z tamtej strony granicy z Groznego, Gudermesu, Moskwy i Krasnodaru.

Spotkania z Czeczenami w Doniecku potwierdzają reporterzy. Sam zresztą spotkałem kilka tygodni temu takiego bojownika w siedzibie administracji obwodowej zajętej przez separatystów. Miałem okazję go obserwować dłuższą chwilę. Od ok. 20. letnich rówieśników odróżniał się brodą i dobrym wojskowym ubraniem. Trzymał się trochę z boku i niemal się nie odzywał – widział, że jestem dziennikarzem, więc może, dlatego. Gdy w końcu przemówił usłyszałem ciężki, kaukaski akcent.

We wschodniej Ukrainie, odróżnieniu od tego co było na Krymie – Moskwa nie ma za bardzo z kim rozmawiać. Tam sprawy były proste. Namiestnikiem odpowiedzialnym za operację „Aneksja” (rosyjscy PR-owcy nadali jej oficjalną nazwę „Krymska wiosna”) został wyznaczony Władimir Kostantinow. Przewodniczący parlamentu, człowiek bogaty i wpływowy – który wiedział, że niebawem może znaleźć się za kratkami za separatyzm.

Konstantinow walczył nie tylko o „wolność” Krymu, ale i o wolność osobistą. Siłą wykonawczą został Siergiej Aksjonow – mianowany premierem. Lider marginalnej prorosyjskiej partii, człowiek z bogatą przeszłością kryminalną.

Obaj potrafili wykonać szereg zadań: od przepychania uchwał przez parlament, przez dogadanie się z milicją, po sprawne przeprowadzenie referendum.

W Doniecku i Ługańsku? Nic z tych rzeczy. Separatyści kłócą się między sobą publicznie, powołują różne „twory”, następnie się z tego wycofują, referendum odbyło się, ale do tego krymskiego mu bardzo daleko. Kto, gdzie i za co tam odpowiada trudno dociec. Nie ma jednego lidera. Nie ma się więc z kim układać. Można za to się łatwo sparzyć. Moskwa musi więc stawiać na pośrednika.

Ramzan się nadaje, bo on ułoży się z każdym. A jak się nie ułoży to każe go odstrzelić.

Rebelia trwa już od wielu tygodni. Nie jest to szybka akcja jak na Krymie. Kontrolowane przez separatystów nich rejony powoli zamieniają się w krainę bezprawia. Mnożą się rabunki, egzekucje, kradzieże samochodów, porwania dla okupu. Ludzie na to patrzą i powoli zaczynają mieć dość. „Nie” dla Kijowa powszechne na wschodzie, nie oznacza jeszcze „tak” dla anarchii.

Petro Poroszenko – prezydent elekt – podobno zaczął prowadzić sekretne rozmowy z Partią Regionów. Powiedziała o tym Anna German – przez lata lojalna współpracowniczka Wiktora Janukowycza, a kiedyś korespondentka Radia Swoboda w Warszawie.
Ostatnio zagroziła procesem dziennikarzowi, który oskarżył ją o wieloletnią współpracę z KGB – chce 300 tysięcy dolarów, które ma przeznaczyć na ukraińską armię.

Przy okazji German stwierdziła, że doniecki oligarcha Rinat Achmetow powinien stanąć na czele Partii Regionów.

Myśl o włączeniu do rozgrywki Partii Regionów nie jest nowa. Rzucił ją jeszcze w lutym były prezydent Leonid Kuczma. Sens był taki: Partia Regionów powinna wykorzystać wszystkie możliwości, by ocalić jedność terytorialną kraju. Dzięki temu może „wygrać” drugie polityczne życie, odkupić winy z czasów niszczenia Majdanu.

Obecna władza ma na wschodzie marne wpływy – ludzie ich zwyczajnie nie lubią. To nie zaskakuje – Partia Regionów zawsze robiła najlepszy wynik w obwodach Donieckim i Łużańskim (2012 r. odpowiednio 57 i 65 procent, przy średniej w całym kraju 34 proc. W 2007 r. było jeszcze lepiej 72 i 73 proc, przy średniej 32).

Może więc Poroszenko rzeczywiście jest gotów na pakt z diabłem, by ocalić ojczyznę? Gdyby się udało nikt rozsądny nie robiłby mu zarzutu. Tymczasem sam Achmetow, który potępił separatystów i „zaatakował” ich wyciem syren w swoich fabrykach wyjechał do Kijowa.

Nie wiadomo do końca, w co gra i wobec kogo jest lojalny.

A separatyści grają ostro. Ostatnio jeżdżą po donieckich kopalniach, rozdają broń i namawiają górników, by się do nich przyłączyli. Sytuacja jest coraz bardziej napięta, a ofiar coraz więcej.

Ciąg dalszy – niestety – nastąpi.

Paweł Reszka

ps. na zdjęciu widać separatystę, którego „zdjąłem” w końcu kwietnia na przedmieściu Słowiańska – wyglądał na fachowca.

8 myśli w temacie “Donbas nie Krym

  1. ~zzzzz

    Moze bohaterski dziennikarzu napiszesz cos o Mordzie Odeskim z 2 maja ? 100 osob zarznietych przez faszystow , kobiety przed smiercia zgwalcone ? Bo to jest kamien milowy ta data bedzie mszona przez nastepne 10 lat . Faszystowska ukraina nigdy nie odzyska wschodu , nigdy. Napisz tez o waszym potwornym stoczeniu sie w klamstwo wlasnie po 2 maja , o waszej stalinowskiej propagandzie ktora uprawiacie od Majdanu . Wiele bedzie do pisania. Umiesz jeszcze patrzec na siebie w lustro przy goleniu ?

    Odpowiedz
      1. ~Pola Ryczel

        Jakim chamem, albo neobanderą, trzeba być, żeby kpić sobie z ludzi tak okrutnie pomordowanych.
        Bydle neobanderowskie.

        Odpowiedz
        1. ~wiast

          Takim samym, jakim trzeba być chamem i komunistą, żeby bezmyślnie powtarzać rosyjską propagandę… Widzę, poza tym, że z kilkudziesięciu ofiar w niecały miesiąc już zrobiono 100, to w tym tempie za kilka lat faktycznie będzie mowa o 10 000 zabitych w „mordzie odeskim”.

          Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *