Mój przyjaciel, pan M.M.

Nie ma nic bardziej przykrego niż zima w północnym Kazachstanie. Szczególnie, gdy nocą wysiadasz sam na dworcu kolejowym w Szczuczinsku. Samotny. Nie znasz nikogo.

Patrzysz jak nieliczni podróżni rozpływają się w śnieżnej zadymce. Jak znikają samochody sprzed dworca. Czujesz, że jeśli nie znajdziesz taksówki albo jakiejś dobrej duszy zamarzniesz na tej śnieżnej pustyni.

Adresu nie pamiętam. Pamiętam, że kierowca długo kluczył między sowieckimi, rozpadającymi się blokami żeby znaleźć ten właściwy.

– Ten? – upewniałem się walcząc z wiatrem, który wypychał mnie do środka auta.
– Zdaje się.
– Zdaje się? Człowieku! – wygramoliłem się – To może lepiej… – powiedziałem do niego, ale auto właśnie ruszyło.

– A teraz zamarznę na bank – pomyślałem.

Na osiedlu nie było żywej duszy, w oknach nie paliły się światła, bo rząd do czasu do czasu odcinał prąd. Kilkudziesięciocentymetrowa warstwa lodu pokrywała schody na klatce.

Ciemno! Zapalniczka parzy w palce, a ja szukam drzwi, chociaż jakiegoś śladu na drzwiach, które zaświadczy, że po drugiej stronie spotkam Marka Maluchnika, nauczyciela z Polski. To on ma mnie przygarnąć.

Wybrałem drzwi, które wyglądały najporządniej. Otworzyły się na pukanie. W środku panował mrok, gdzieś w tle pełgały tylko ogniki od świeczek. Zobaczyłem kontur postaci.

– Dobry wieczór – zacząłem po rosyjsku – Jestem dziennikarzem. Szukam polskiego nauczyciela Marka Maluchnika.
– To ja jestem Marek Maluchnik, proszę wejść – usłyszałem i postać zniknęła w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Zrobiłem kilka kroków. Na mojej drodze wyrósł ktoś zupełnie inny.

– Dobry wieczór. Jestem dziennikarzem. Szukam polskiego nauczyciela Marka Maluchnika…
– To ja jestem Marek Maluchnik – usłyszałem w odpowiedzi i postać znów zniknęła.

Znalazłem się w pustej kuchni. Znów wszedł do niej ktoś, kto twierdził, że jest Markiem Maluchnikiem.

Nagle rozległ się głośny, zdawało mi się demoniczny, śmiech. Naprzeciwko mnie stanął dobrze zbudowany, roześmiany blondyn:

– To ja jestem Markiem Maluchnikiem – powiedział po polsku – A tamci to studenci. Mam nadzieję, że nie pogniewałeś się za ten żarcik? Witamy Szczucińsku!

Szczucińsk był wówczas opanowany przez nauczyciela Maluchnika. Znali go tam wszyscy, wszyscy byli nim zachwyceni. Najpiękniejsze dziewczęta śpiewały w chórze, bo na próby przychodził Maluchnik, nawet kazachskie dzieci chciały się uczyć polskiego, bo lekcje prowadził Maluchnik, gospodyni księdza dobrodzieja warzyła półgęski, bo na niedzielny obiad zamówił się Maluchnik.

Przez 15 i pół roku od naszego pierwszego spotkania zrobiliśmy wiele mądrych i mniej mądrych, ale za to wesołych rzeczy. Od podróży, przez kilka dni w jednym przedziale z półtuszą krowy, do rozmawiania o niczym do białego rana.

Marek Maluchnik bardzo kocha wschód. Mówi o nim zawsze powoli, z wielką delikatnością. Potrafi ciągle zaskoczyć mnie jakąś nową książką, którą przeczytał albo ikoną, o którą gdzieś wypatrzył i koniecznie musi o niej opowiedzieć.

Czasem jego delikatność wchodziła w kontrast z jego wyglądem. Potrafił ubrać się jak profesor albo wystąpić ogolony na łyso, ze złotym łańcuchem na szyi, w gatkach bermudach.

Moja przyjaciółka była przerażona, gdy na pierwszym spotkaniu zobaczyła go w wersji gangsta. Po kilku chwilach przerażenie zniknęło i mówiła mi potem:

– Jeszcze nigdy w moim życiu wizja tak bardzo nie różniła się od fonii.

Marek Maluchnik potrafi uwieść każdego słowem, uśmiechem, skinieniem ręki. Nie ma osób, które mogły się oprzeć temu czarowi. Pewnie i z tego powodu służył dobrze naszej ojczyźnie w konsulatach we Lwowie i Grodnie.

Ojczyzna traktowała go jak matka i jak macocha. Pamiętam jak z powodu jakiegoś donosu stracił certyfikat bezpieczeństwa i robotę na placówce.

– Co oni od ciebie chcą?
– Napisali, że mógł się mną interesować białoruski wywiad.
– No, jakby się nie interesował to znaczyłoby, że jesteś dupa, nie dyplomata.
– Ja to wiem, a tymczasem muszę szukać roboty.

Oczywiście wszystko się wyjaśniło. Gdy ojczyzna znów potrzebowała czegoś od Maluchnika, to go wezwała na służbę. Ona nie pytała jak sobie radził, gdy była dla niego macochą, a on nie kręcił nosem. Taki mieli układ.

Niewiele miał z tego dla siebie. Kiedyś wpadł do mnie przed kolejną wyprawą na Wschód. Tym razem ministerstwo kultury wysyłało go do Kotłasu w obwodzie Archangielskim, żeby załatwiał sprawy przy odsłonięciu symbolicznego grobu polskiego aktora Eugeniusza Bodo, ofiary Gułagu.

– Do Kotłasu jadę!
– Cudownie!
– Cudownie, cudownie… Płaszcz czarny mi kołuj, Polskę mam reprezentować!

Kiedy byłem na Krymie zadzwonił do mnie nasz wspólny przyjaciel Krzysztof Sawicki konsul z Łucka:

– Marek umiera na raka.

Marek umiera na raka? Bez jaj!

Na biurku mam karteczki ze spisem rzeczy, które mam zrobić każdego dnia. Napisać tekst, umówić rozmówcę do radia, skoczyć do Sejmu, zapytać o książkę w antykwariacie. To co zrobię wykreślam, to czego nie zdążę zrobić biorę ołówkiem w kółko.

On zmarł właśnie na tego raka, a ja zostałem z całym mnóstwem karteczek na biurku.

Na dole, na każdej z nich, jest kółko. A w każdym kółku dwa słowa: Marek Maluchnik.

Paweł Reszka

4 myśli w temacie “Mój przyjaciel, pan M.M.

  1. ~brak

    Tak szybko odszedł.Przez jeden moment był dla mnie kimś ważnym.Bardzo mi pomógł.Lwów zawsze będzie kojarzył mi się z nim…
    Brak…

    Odpowiedz
  2. ~kiwi

    Do dziś nie mogę uwierzyć, że nie ma go już z nami. Pracowaliśmy razem, oboje poloniści, rozumieliśmy się bez słów. Cały czas brzmi w mojej głowie jego dzwięczny, roześmiany głos.
    Do dziś nie mogę w to uwierzyć….

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *