Maks

Maks

Nie poznałem go. Chociaż jest moim kumplem. Gdy dowiedział się, że jestem dzwonił do mnie z zaproszeniem. Czekał, aż przyjadę. Wysiadłem z samochodu. Przeszedłem obok.

Zatrzymał mnie jego wzrok.
– Maks, mój Boże!

Nikt go tak tu nie nazywa oprócz mnie. Ma swój wojskowy, groźnie brzmiący, pseudonim. Wychudł. Nie golona broda robiła jego twarz jeszcze bardziej pociągłą. Oczy zapadły się gdzieś głęboko. Uśmiechał się do mnie, wyciągał rękę, ale spojrzenie miał już z kamienia.

Ostatni raz widziałem go w grudniu. Natalia zaprosiła nas obu na urodziny. Siedzieliśmy u niej w domu. Udawaliśmy, że nie ma wojny. Koniak, wódka, kotlety, ogórki, chleb, ciasto, czekoladki. Jakby za oknem nic się nie działo. Ona w czarnej, wydekoltowanej sukni.
Maks: – Zrobiłaś to nam specjalnie!
Ja – w kulminacyjnym momencie imprezy – wywalam sałatkę olivier na spodnie.
Oni tarzają się ze śmiechu.
Natalia: – Polska fantazja!
Głupio mi. Siedzę za stołem jak fleja. Natalia przynosi ręczniki.
A Maks? W odprasowanym mundurze. Uśmiechnięty. Zakochany w życiu. Król przedstawienia. Niedługo miał jechać na pierwszą linię. Czuliśmy, że on tego chce. Piliśmy koniak jeszcze na dole, czekając na taksówki. Sąsiedzi gniewnie wyglądali zza firanek. Jak dobrze.

Kiedy to było?

On przysiadł teraz na murku, ukrył głowę w dłoniach. Metal łupie, gwiżdże, spada. Podświadomie chce się uciekać do garażu przerobionego na schron. Ale on siedzi bez ruchu jakby niczego nie słyszał. Przysiadam obok. Trącam łokciem.
W torbie z aparatem mam dla niego koniak. Pokazuję skrycie.
– Weźmiesz?
– Nawet nie kuś – szepce.
Rozpalają się oczy jego młodych żołnierzy. Oni wiedzą co ukrywam.

Na wojnie nie wylewa się za kołnierz, ale Maks to tępi. Słyszę tysiące opowieści o pijanych wojakach: „Jeden poszedł stawiać miny pułapki. Nikomu nie powiedział. Zastrzelił go wartownik”. „Popili i chcieli zobaczyć co będzie jak wrzucą dwa pociski do moździerza. Rozerwało na ch… i strzępy”.
Dowódca musi pisać do matki: „Zginął śmiercią bohatera”. Maks nie chce pisać takich listów.

– Przejdziemy się?
– Jasne! Tylko dokąd chcesz iść?
Wokoło posiekana kulami, szrapnelami pustynia. Przedzieramy się podwórkami, bo ulica pod ostrzałem. Rykoszety. Zawracamy.
Teraz przez drogę.
Maks: – Przebiegniemy, tak będzie lepiej.
Biegniemy. Wszystko tonie w śmieciach. Wojsko stoi tu już długo.
– Chcesz na pozycję?
Drapiemy się po trzech drabinach na dach. Potem trzeba pełzać bo snajper. Zalegamy w komórce ułożonej z cegieł. Trzech młodych chłopców. Starają się nie wysuwać nosa, ale marzą.
– Może zaatakować?
– Debile! Przez 500 metrów będą strzelali do was jak do tarczy. Pójdziecie, sam zastrzelę. Nie boję się śmierci, boję się głupiej śmierci. Siedzicie tutaj.
Chyba dotarło. Znowu pełzniemy do drabin. Teraz w dół. Droga. Biegniemy. Śmieci.

Idziemy do sąsiadów. Ich batalion zjechał, zostało tylko pięciu. Ci mają już naprawdę dość. W ich ziemiance śmierdzi. Już do siebie nie mówią. Zapraszali, a teraz milczą. Patrzą wilkiem. Może tylko mi się zdaje? Na koniec mówią przecież:
– Weźcie żarcie. Nam się nie przyda.
Bierzemy żarcie. Dziękujemy. Potem klniemy, bo z kartonową paczką ciężko się idzie, trudno upaść jakby co.

Dochodzimy do „swojego” schronu. Młodzi rozmawiają o futbolu. Jeden jest za Metalistem Charków, więc nienawidzi Dynama Kijów. Ale jakby Dynamo grało z Zenitem z Petersburga albo ze Spartakiem z Moskwy to poszedłby bić Ruska razem z Dynamem. Ale w normalnych warunkach nabiłby mordę Kijowianom. Bo miłość do klubu jest rzeczą świętą.
Maks nie może. Znów ukrywa głowę w dłoniach, zatyka uszy.

– Gdzie jest toaleta?
Maks nie słyszy. Tamci patrzą na mnie jak na wariata:
– Na pewno musisz? – widzę w ich oczach pytanie.
– Za domem, potem w lewo i wybite drzwi po prawej.
Idę. Nie potrzebuję toalety. Chcę ją tylko sfotografować. Wiem, że najbardziej boją się takiej śmierci. Ze spodniami spuszczonymi do kolan. Każdy chciałby zginąć jak bohater, z karabinem w ręku. Szturmując lub broniąc swojej pozycji. Zginąć w kiblu to jakiś absurd. Andriej z Pirłuków, najsympatyczniejszy z młodych lituje się i idzie za mną, żeby pokazać co i jak.
– Tutaj.
– Rozwalona.
– Pocisk trafił w ścianę. Wybił drzwi, ale można… jeśli trzeba.
– Nie trzeba, chciałem zrobić zdjęcie.
– Po co?
– Miejsce, którego na wojnie boisz się najbardziej.
– No, nawet dzisiaj spieprzałem ze ściągniętymi portkami. Tak zginąć… Sam rozumiesz.
– Jasne.

Wracam. Maks patrzy na mnie:
– Jest samochód. Pojedziesz?
– Może zostanę? Pogadamy.
– Pogadamy? Lepiej pojedź. To nie twoja wojna. Jeszcze się nagadamy.
Klepiemy się po plecach.
– Na pewno nie chcesz flachy? – pytam cicho.
– Nie, zrobimy następnym razem.

Wsiadam. Maks wychodzi na drogę. Macha. Nie zamieniliśmy nawet słowa o Natalii. Jakby tamto nigdy nie istniało.

Paweł Reszka

(To jest felieton dla TP sprzed dwóch tygodni.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *