Archiwum autora: pawelreszka

NATO opłaci Ukrainie 10 godzin walki

Generał Waldemar Skrzypczak zna się na wojnie. Zapytałem, więc czy 15 milionów euro, które NATO zaoferowało Ukrainie na wzmocnienie armii to dużo, czy mało.

– Na froncie ukraińsko – rosyjskim wystarczy to na 10 godzin walki z użyciem wszystkich środków. Amunicja jest przecież droga – odpowiedział.

Słynna „szpica” to zdaniem generała coś w rodzaju zwiadu i ubezpieczenia – a nie siła zdolna powstrzymać agresywnego przeciwnika.

(Cała rozmowa, którą przeprowadziłem w radiowej „Dwójce” do znalezienia i odsłuchania pod adresem http://www.polskieradio.pl/8/3660/Artykul/1226070,Wojna-tuz-za-miedza)

Politycy zachwycają się sukcesem szczytu w Newport.

A znany malkontent Jerzy Haszczyński (szef działu zagranicznego „Rzeczpospolitej”, mądry dziennikarz, mój przyjaciel) podsumował wydarzenie dowcipną frazą „Trzy razy Sz – szpica, Szczecin, szczyt w Warszawie” (http://www.rp.pl/artykul/9158,1138906-Jerzy-Haszczynski-o-szczycie-NATO-w-Newport.html)

No, ale on jest malkontentem. To nas zresztą do siebie zbliża. Więc dorzucę swoją uwagę.

Dawno, dawno temu Gruzinom zechciało się do NATO. W marcu 2008 roku przyjechali na szczyt do Bukaresztu, żeby dostać MAP (Membership Action Plan) co jest ostatnim schodkiem przed uzyskaniem członkostwa w Sojuszu.

Ale NATO odesłało Gruzinów z kwitkiem do domu. Mimo klęski politycy (także polscy L. Kaczyński i R. Sikorski) otrąbili sukces. Po pięciu miesiącach wybuchała wojna między Rosją, a Gruzją. Gruzini sromotnie przegrali, a Rosja uznała o Osetię i Abchazję za oddzielne państwa.

A Gruzini? Ciągle jeżdżą na szczyty NATO.

A NATO? Grozi paluszkiem Rosji i wzywa, by przestała uznawać Osetię i Abchazję. Gdy jednak Gruzini pytają o MAP Sojusz odwraca się na pięcie albo proponuje jakieś zastępcze pakiety. I tak trwa to szósty rok.

Coś się jednak zmieniło. W Newport NATO wezwało Rosję nie tylko do wycofania się Abchazji i Osetii, ale i z Krymu. Jeśli progresja się utrzyma warszawski szczyt NATO wezwie Putina, żeby wycofał się ze wschodniej Ukrainy.

No chyba, że szczyt nie będzie mógł się odbyć w Warszawie.

Paweł Reszka

 

 

 

Przypadek

(niedawny felieton dla TP)

Hotel był brudny i biedny. W mieście na dalekich kresach Imperium czuliśmy jak bardzo nas nienawidzą. Ta nienawiść była skryta za uśmiechami i uprzejmością. Ale oczy tutejszych stale pytały: „Czego tu chcecie? Po co przyjeżdżacie?”.

Jego nienawidzili za to, że był Rosjaninem. Mnie nienawidzili, bo myśleli, że jestem Rosjaninem. Może to nas połączyło?

Siedzieliśmy na łóżkach w jego pokoju. Na szafce dwie szklanki, dwie butelki wódki i czekolada. On mimo dojrzałego wieku miał ciągle ładną, chłopięcą twarz.

Z portfela wyciągnął zdjęcia dzieci.

– Śliczne – powiedziałem. Rzeczywiście wzbudzały zachwyt. Małe, jasnowłose kruszynki. Archetyp słowiańskiego piękna. Nie pasowały do tego brudu, wódki i naszych śmierdzących oddechów. Miałem go zapytać co robi tym miejscu. Dlaczego nie siedzi w wygodnym moskiewskim mieszkaniu, nie cieszy się rodzinnym szczęściem. Ale uprzedził mnie:

– Czy myślisz, że życiem rządzi przypadek? Los?

Odpowiedziałem żartem, cytując niewielkie opowiadanie Tołstoja. Pięknie nakreśliłem postać zakochanego Iwana Wasiliewicza, który przez cały bal nie chce wypuść z ramion cudownej Warieńki. Tańczą walce, kadryle. Tylko raz oddaje swoją ukochaną, na jednego mazura, jej władczemu ojcu. Dostojnemu pułkownikowi z dobrze przystrzyżonymi bokobrodami, ubranemu z paradny mundur. Iwan Wasiliewicz patrzy na taniec. Widzi jak córka i ojciec są piękni. Jak do siebie podobni. Kocha już nie tylko ją, ale ich oboje. „Po balu”, już nad ranem, idzie na przechadzkę po zasypanym śniegiem mieście. Nogi same niosą pod dom ukochanej. Tam słyszy inną muzykę. Napawającą lekiem, przywodzącą na myśl śmierć. Straszliwą. Idzie oddział żołnierzy. Biją bębny, gra flet. Między żołnierzami zbieg, dezerter. W rytm bębnów wojacy katują go pałkami.

Tata Warieńki dowodzi egzekucją. Pułkownik pilnuje, żeby wszyscy bili mocno, bez litości.

Spojrzenia przecinają się na jedną chwilę. Iwan Wasiliewicz wie, że od tej pory kiedy będzie patrzył na Warię, wspomni mu się ta scena. Zrządzenie losu, w okamgnieniu, zabiło wielkie uczucie.

– A więc, mój drogi, przypadek rządzi życiem. Tak pisał wasz wielki klasyk – roześmiałem się.

A mój towarzysz nie śmiał się. Może przeszkadzało mu, że streściłem Tołstoja z radosną dezynwolturą i że bez żadnych wątpliwości wziąłem stronę Iwana Wasiliewicza?

– Przecież bandytów i dezerterów trzeba karać. Na wojnie nie ma miejsca na szlachetność. Szlachetni romantycy wojny przegrywają – mówił – Czasem wyobrażam sobie jak wyglądały nasze szturmy Warszawy. Miasto jest otoczone przez ciężkie działa i zaprawioną w bojach piechotę. Nie ma już dla was żadnej nadziei. I wtedy w szaleńczym porywie rzucacie się na nasze szańce. Figurki żołnierzy widać coraz wyraźniej. Nasi oficerowie podnoszą się zwolna, przyciskają lornetki do oczu:

„Ależ oni atakują!”,

„Niemożliwe!”,

„A jednak!”,

„Jacy piękni!”,

„Dzielne wojsko”.

Wszyscy w zachwycie czekają słowa dowódcy, który w końcu powie:

„No, panowie oficerowie dość tego widowiska”.

– I wydane zostaną suche rozkazy. Malowani żołnierze zginą za chwilę. Niektórzy z naszych oficerów, będą płakali. Mogę ci przysiąc, że i ja bym płakał – mówił jakby w gorączce.

– A potem? – zapytałem.

– Potem będziemy mieli wasze miasto, wasze domy i wasze kobiety. Bo na tym polega wojna.

Nie wiedziałem co powiedzieć. Nie mogłem się na niego gniewać, bo przecież powiedział szczerze, uchylił mi kawałek swojej duszy.

– Na wojnie nie ma miejsca na szlachetność – powtórzył.

– Skąd o tym możesz wiedzieć?

– Widzisz tamtego bili pałkami. W moich czasach biło się wyciorami. Służyłem w armii, gdy upadał Związek Radziecki. Wówczas każda kradzież, dezercja, niegodziwość uchodziła bez kary. Nie było przecież państwa, któremu składaliśmy przysięgę. Szeregowiec Uzbek zgwałcił i udusił młodą dziewczynę. Oddać go prokuratorowi? Sądowi? Bez sensu. Wypuszczą za drobną łapówkę. A my byliśmy przecież oficerami, honor nam nie pozwalał.

– A więc?

– Biliśmy go wyciorami to utraty tchu. Ty tylko czytasz u Tołstoja o plecach zmienionych w krwawą miazgę. Ja sam zmieniałem plecy człowieka w krwawą miazgę. Biłem, aż zabiłem. Dlatego nigdy nie każ mi stawać po stronie Iwana Wasiliewicza.

„Nie jest wykluczone, że Polacy wiedzą o Rosjanach to, co Rosjanie wiedzą o sobie samych, nie chcąc się do tego przyznać, i odwrotnie”, tak pisał Czesław Miłosz. Jednakże tej nocy wszystko o czym zazwyczaj milczymy zostało powiedziane. Może niepotrzebnie i zbyt pochopnie.

Już świtało. Obaj widzieliśmy, że widzimy się ostatni raz. Że nigdy nie odwiedzę go w Moskwie i nie pogłaszczę po głowach jego jasnowłosych dzieci. Zawsze wówczas w oczach stawałby mi bity wyciorami na śmierć Uzbek.

Taki przypadek.

Paweł Reszka

Mój przyjaciel, pan M.M.

Nie ma nic bardziej przykrego niż zima w północnym Kazachstanie. Szczególnie, gdy nocą wysiadasz sam na dworcu kolejowym w Szczuczinsku. Samotny. Nie znasz nikogo.

Patrzysz jak nieliczni podróżni rozpływają się w śnieżnej zadymce. Jak znikają samochody sprzed dworca. Czujesz, że jeśli nie znajdziesz taksówki albo jakiejś dobrej duszy zamarzniesz na tej śnieżnej pustyni.

Adresu nie pamiętam. Pamiętam, że kierowca długo kluczył między sowieckimi, rozpadającymi się blokami żeby znaleźć ten właściwy.

– Ten? – upewniałem się walcząc z wiatrem, który wypychał mnie do środka auta.
– Zdaje się.
– Zdaje się? Człowieku! – wygramoliłem się – To może lepiej… – powiedziałem do niego, ale auto właśnie ruszyło.

– A teraz zamarznę na bank – pomyślałem.

Na osiedlu nie było żywej duszy, w oknach nie paliły się światła, bo rząd do czasu do czasu odcinał prąd. Kilkudziesięciocentymetrowa warstwa lodu pokrywała schody na klatce.

Ciemno! Zapalniczka parzy w palce, a ja szukam drzwi, chociaż jakiegoś śladu na drzwiach, które zaświadczy, że po drugiej stronie spotkam Marka Maluchnika, nauczyciela z Polski. To on ma mnie przygarnąć.

Wybrałem drzwi, które wyglądały najporządniej. Otworzyły się na pukanie. W środku panował mrok, gdzieś w tle pełgały tylko ogniki od świeczek. Zobaczyłem kontur postaci.

– Dobry wieczór – zacząłem po rosyjsku – Jestem dziennikarzem. Szukam polskiego nauczyciela Marka Maluchnika.
– To ja jestem Marek Maluchnik, proszę wejść – usłyszałem i postać zniknęła w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Zrobiłem kilka kroków. Na mojej drodze wyrósł ktoś zupełnie inny.

– Dobry wieczór. Jestem dziennikarzem. Szukam polskiego nauczyciela Marka Maluchnika…
– To ja jestem Marek Maluchnik – usłyszałem w odpowiedzi i postać znów zniknęła.

Znalazłem się w pustej kuchni. Znów wszedł do niej ktoś, kto twierdził, że jest Markiem Maluchnikiem.

Nagle rozległ się głośny, zdawało mi się demoniczny, śmiech. Naprzeciwko mnie stanął dobrze zbudowany, roześmiany blondyn:

– To ja jestem Markiem Maluchnikiem – powiedział po polsku – A tamci to studenci. Mam nadzieję, że nie pogniewałeś się za ten żarcik? Witamy Szczucińsku!

Szczucińsk był wówczas opanowany przez nauczyciela Maluchnika. Znali go tam wszyscy, wszyscy byli nim zachwyceni. Najpiękniejsze dziewczęta śpiewały w chórze, bo na próby przychodził Maluchnik, nawet kazachskie dzieci chciały się uczyć polskiego, bo lekcje prowadził Maluchnik, gospodyni księdza dobrodzieja warzyła półgęski, bo na niedzielny obiad zamówił się Maluchnik.

Przez 15 i pół roku od naszego pierwszego spotkania zrobiliśmy wiele mądrych i mniej mądrych, ale za to wesołych rzeczy. Od podróży, przez kilka dni w jednym przedziale z półtuszą krowy, do rozmawiania o niczym do białego rana.

Marek Maluchnik bardzo kocha wschód. Mówi o nim zawsze powoli, z wielką delikatnością. Potrafi ciągle zaskoczyć mnie jakąś nową książką, którą przeczytał albo ikoną, o którą gdzieś wypatrzył i koniecznie musi o niej opowiedzieć.

Czasem jego delikatność wchodziła w kontrast z jego wyglądem. Potrafił ubrać się jak profesor albo wystąpić ogolony na łyso, ze złotym łańcuchem na szyi, w gatkach bermudach.

Moja przyjaciółka była przerażona, gdy na pierwszym spotkaniu zobaczyła go w wersji gangsta. Po kilku chwilach przerażenie zniknęło i mówiła mi potem:

– Jeszcze nigdy w moim życiu wizja tak bardzo nie różniła się od fonii.

Marek Maluchnik potrafi uwieść każdego słowem, uśmiechem, skinieniem ręki. Nie ma osób, które mogły się oprzeć temu czarowi. Pewnie i z tego powodu służył dobrze naszej ojczyźnie w konsulatach we Lwowie i Grodnie.

Ojczyzna traktowała go jak matka i jak macocha. Pamiętam jak z powodu jakiegoś donosu stracił certyfikat bezpieczeństwa i robotę na placówce.

– Co oni od ciebie chcą?
– Napisali, że mógł się mną interesować białoruski wywiad.
– No, jakby się nie interesował to znaczyłoby, że jesteś dupa, nie dyplomata.
– Ja to wiem, a tymczasem muszę szukać roboty.

Oczywiście wszystko się wyjaśniło. Gdy ojczyzna znów potrzebowała czegoś od Maluchnika, to go wezwała na służbę. Ona nie pytała jak sobie radził, gdy była dla niego macochą, a on nie kręcił nosem. Taki mieli układ.

Niewiele miał z tego dla siebie. Kiedyś wpadł do mnie przed kolejną wyprawą na Wschód. Tym razem ministerstwo kultury wysyłało go do Kotłasu w obwodzie Archangielskim, żeby załatwiał sprawy przy odsłonięciu symbolicznego grobu polskiego aktora Eugeniusza Bodo, ofiary Gułagu.

– Do Kotłasu jadę!
– Cudownie!
– Cudownie, cudownie… Płaszcz czarny mi kołuj, Polskę mam reprezentować!

Kiedy byłem na Krymie zadzwonił do mnie nasz wspólny przyjaciel Krzysztof Sawicki konsul z Łucka:

– Marek umiera na raka.

Marek umiera na raka? Bez jaj!

Na biurku mam karteczki ze spisem rzeczy, które mam zrobić każdego dnia. Napisać tekst, umówić rozmówcę do radia, skoczyć do Sejmu, zapytać o książkę w antykwariacie. To co zrobię wykreślam, to czego nie zdążę zrobić biorę ołówkiem w kółko.

On zmarł właśnie na tego raka, a ja zostałem z całym mnóstwem karteczek na biurku.

Na dole, na każdej z nich, jest kółko. A w każdym kółku dwa słowa: Marek Maluchnik.

Paweł Reszka

Pan Tyszkiewicz i duch w operze

Magia radiowej „Dwójki”. Wywiad z Robertem Tyszkiewiczem został nagrany i będzie puszczony w przerwie transmisji festiwalu w Bayreath. Ramówka się posypała, gdyż wysiadły łącza akurat, gdy szedł I akt opery „Tannhauser”. Zdarzyło się to pierwszy raz od 13 lat. Poseł Tyszkiewicz: „Mój Boże, tu muzyka jest ważniejsza od polityki. Cudowne miejsce. Dziękuję za zaproszenie”.

Paweł Reszka

Pan Tyszkiewicz i pan Putin

Ostatnio Robert Tyszkiewicz poseł białostocki, wiceszef sejmowej komisji spraw zagranicznych powiedział mi:

– Moje strony to jest I Rzeczpospolita zastygła w bursztynie.

Jest w tym coś. Bo jak się chce to, w tamtych stronach, można tego samego dnia być w filigranowym meczecie, pięknej drewnianej cerkwi i w barokowym kościele. A ten bursztyn spodobał mi się tak, że zaprosiłem pana Tyszkiewicza do audycji „Puls świata” (dziś chwilę po 17 na antenie II Programu Polskiego Radia).

Tyszkiewicz przyjął zaproszenie z godnością. Gdyby go nie przyjął byłby, po dzisiejszym posiedzeniu Sejmu, na wakacjach, a tak musi siedzieć do wieczora w Warszawie. No, ale nie moja wina, że udała mu się metafora.

Jako, że audycja „Puls świata” ma się odnosić do problemów światowych będziemy mówili o tym, czy syta Europa jest w stanie przeciwstawić się rządzonej twardą ręką Rosji.

Poseł Tyszkiewicz ma tu doświadczenie. W zeszłym roku, wraz z kolegami z komisji odbył tournee po parlamentach państw zachodnich. On mówił o konieczności przyciągania Ukrainy do UE, a zachodni koledzy odpowiadali modelową obojętnością. Mam nadzieję, że R.T. opowie o tym na antenie.

Zapytam go też, o opinię na temat tego „jak nam dalej być z Rosją”. Na całe szczęście odwołaliśmy rok polski w Rosji i rok rosyjski w Polsce.

Trudno spotykać się we foyer, stukać kieliszkami pełnymi szampana i mówić o lekkości tańca rosyjskich balerin – gdy nad głową wisi cień zestrzelonego samolotu, pełnego niewinnych ludzi.

Myślę, że mamy prawo czuć się zawiedzeni postawą rosyjskich elit. Kiedy czytam list intelektualistów popierających działania W.W. Putina na Krymie i Ukrainie i odnajduję wśród ponad 500 podpisów (rektorów i aktorów, malarzy i pisarzy) nazwisko Olega Tabakowa, twórcy teatru Sowriemiennik i dyrektora MChAT im. Czechowa to jest mi osobiście bardzo przykro.

No, ale co dalej? Palić wszystkie mosty, czy jakiś zostawić?

Takimi pytaniami będę przygważdżał Tyszkiewicza.

A jak już on będzie w drodze na wakacje to wspólnie z Agatą Kasprolewicz o 20.15 w audycji „Reszka świata” w PR24 porozmawiamy o Władimirze Putinie. Opowiemy o petersburskim zaułku, w którym się wychował, posłuchamy „Blueberry Hill” w jego wykonaniu, przy akompaniamencie wzruszonych westchnień największych gwiazd Hollywood.

Rozmowę o Czeczenii zilustrujemy ciekawymi nagraniami. 31 grudnia 1994 roku i 1 stycznia 1995 roku „131 samodzielna majkopska brygada zmechanizowana” szturmowała miasto Grozny. Zachowały się wstrząsające nagrania rosyjskich oficerów błagających dowódców o pomoc, meldunki o płonących czołgach i BTR-ach.

Po latach W.W. Putin wziął na Czeczenach srogi odwet. W moim pojęciu wygrana w II wojnie czeczeńskiej uczyniła go niekwestionowanego władcy Rosji.

Paweł Reszka

Hausner: Belka ma odejść za dwa lata

Jerzy Hausner, członek Rady Polityki Pieniężnej, profesor ekonomii, a kiedyś wicepremier, przerwał milczenie. Po tygodniach zabiegów udało mi namówić go na wywiad. Mam satysfakcję, bo spory tłum dziennikarzy dobijał się do profesora, gdy jego nazwisko pojawiło się w skandalicznej rozmowie szefa MSW z prezesem NBP, opublikowanej przez „Wprost”.

Podczas knajpianego spotkania – przypomnę – omawiano scenariusz wykupywania obligacji skarbowych przez NBP. Nie po to, by pomóc finansom publicznym, ale po to, by pomóc Platformie utrzymać się przy władzy. Panowie rozważali również możliwości „obejścia” Rady Polityki Pieniężnej, która przeciwko takim pomysłom mogła zaprotestować. Prezes NBP za największą przeszkodę przeciwko swoim pomysłom uznawał właśnie Jerzego Hausnera. Z tego powodu Belka mówił o Hausnerze: „Piwotalny członek Rady”. A także wytykał mu pewną słabość: „Myśli, że ma dłuższego. Niestety, każdy człowiek ma jakieś słabości, nawet on”.

Interesujące były dwa zagadnienia. Pierwsze: czy Hausner obraził się na Belkę za genitalne żarciki. A jeśli tak, to czy mimo obrazy będą w stanie ze sobą współpracować.

I sprawa ciekawsza. Jak ocenia rozmowę szanowany profesor? Czy jest to gruby skandal, jak nakazuje myśleć zdrowy rozsądek, czy też takie tam hipotetyczne „gadu – gadu”, bez szczególnego znaczenia, jak wmawia nam np. Bartłomiej Sienkiewicz?

O żarcikach Hausner wypowiadał się oszczędnie. Doszedłem do wniosku, że marne dowcipy na swój temat profesor traktuje jako swoiste świadectwo moralności. No bo skoro prezes Belka planował łajdactwo, a Hausnera uważał za główną przeszkodę na drodze realizacji tego łajdactwa, to o co się obrażać?

A merytoryczna część rozmowy? Tu Hausner nie miał najmniejszych wątpliwości. „Rozmowa wywołała znaczącą szkodę publiczną – mówił. – Jej efektem jest obniżenie wiarygodności NBP jako niezależnej instytucji publicznej, instytucji szczególnego publicznego zaufania”.

Co dalej, skoro kadencja Rady kończy się za 1, 5 roku, a prezesa Belki za dwa lata? „Ten czas powinien być dobrze wykorzystany. Musimy wspólnie naprawić szkodę. Marek Belka będzie miał jeszcze dodatkowo pół roku, by pomóc nowej RPP wejść w swoją rolę. Na tym jego misja powinna się zakończyć” – mówił Hausner.

„Nie powinien kandydować na kolejną kadencję? Tego pan oczekuje od prezesa Belki?” – zapytałem. „Oczekuję, że publicznie powie, co chce osiągnąć przez najbliższe dwa lata. No i w końcu liczę na jego jasną deklarację, że nie będzie ubiegał się o kolejną kadencję. To ważny element publicznej przyzwoitości i przyjęcia na siebie odpowiedzialności za to, co się stało”.

Jerzy Hausner rozmawiał ze mną w swoim domu w Gorcach. Perspektywa pięknego górskiego stoku jest ciekawa. Hausner jest uznanym profesorem ekonomii (kieruje Katedrą Gospodarki i Administracji Publicznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie). Od bieżącej polityki trzyma się z dala. Jego nazwisko powraca zazwyczaj, gdy trwają „poszukiwania” kandydata na premiera rządu fachowców. „Gdy ktoś mnie pyta »Będziesz premierem?«, odpowiadam: »Bądź spokojny, nie grozi ci to« – opowiadał mi profesor.

Hausner należy do nielicznej grupy osób, które mogą wiele, ale nic nie muszą. Całość naszej rozmowy w „Tygodniku Powszechnym” – jutro w wydaniu papierowym, dzisiaj w prenumeracie elektronicznej.

Podróż do miejsc, których nie ma

Reszka świata znów na antenie Polskiego Radia 24. Dzisiaj o 20. 15 jedziemy do znikających światów. Powiemy o gruzinskiej wiosce Tamaraszeni, która została starta z powierzchni ziemi. Będą reportaże z Aleksandrii, kiedyś miasta wielu kultur, teraz bastionu islamskich radykałów.

Będziemy w Batumi, które podniosło się z upadku i w Detroit, niegdyś stolicy amerykańskiej motoryzacji, dziś mieście duchów.

W gościach Wojciech Grzędziński, laureat World Press Photo. Powie o fotografiach Seana Hemmerle, które można zobaczyć pod linkiem:

http://content.time.com/time/photogallery/0,29307,1864272_1810106,00.html

Audycja do posłuchania pod linkiem: http://www.polskieradio.pl/130,PolskieRadio24

Zapraszamy

Agata Kasprolewicz, Michał Żakowski i Paweł Reszka

Koncepcja Poroszenki

Majdan 1228Petro Poroszenko przedstawił podczas mowy inauguracyjnej plan dla wschodniej Ukrainy. Nowy prezydent proponuje szybkie wybory municypalne. Do tego amnestię dla separatystów, a nawet bezpieczny korytarz dla rosyjskich najemników, którzy chcieliby opuścić Ukrainę.

Zarysy planu P.P. przedstawił już w Warszawie, ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach.

Mowa inauguracyjna była skonstruowana zgrabnie. Po pierwsze Poroszenko chciał wschodniej Ukrainie opowiedzieć, kto jest jej prawdziwym przeciwnikiem i sprawcą nieszczęść.

Przeciwnik to separatyści:
– Nasi drodzy bracia i siostry, rodacy – mówił przechodząc z ukraińskiego na rosyjski – Wielu z was na własnej skórze odczuło „uroki” władzy terrorystów.

Separatyści faktycznie słabo panują nad porządkiem w kontrolowanych przez siebie regionach.
Częste są rabunki, porwania dla okupu, okradanie całych firm. W niektórych miejscowościach – na przykład – sklepy jubilerskie zostały już dawno zamknięte, a towar wywieziony, przez właścicieli obawiających się grabieży. Widać prezydent liczy, że obywatele powoli mają dosyć takiego stanu rzeczy, niezależnie od tego jak bardzo nie lubią władzy w Kijowie.

Sprawca nieszczęść to Wiktor Janukowycz:

„sprzedał Donbas, a rabował go w jeszcze większy stopniu niż resztę kraju. Obwodem Donieckim rządził wszak przez 17 lat”.

To ciekawy ruch, bowiem wschodnia Ukraina tradycyjnie głosowała na pochodzącego z tych stron Janukowycza albo jego Partię Regionów. Nie było to jednak poparcie wynikające z miłości, ale raczej ze strachu lub w kontrze do „pomarańczowej”, „banderowskiej” części kraju.
Ludzie dokładnie widzieli, co Janukowycz i jego klan wyrabiają na ich terenie i w reszcie kraju. W dodatku patrzyli na jego wstydliwą ucieczkę do Rosji, po zwycięstwie Majdanu. Na Wschodzie przyjęto to jako akt tchórzostwa.
(Dla porządku: oligarchiczny system Janukowycza w założeniach nie różnił się od tego co działo się w czasach Kuczmy, Juszczenki, czy Tymoszenko. No może tym, że w ostatnich miesiącach rządów Janukowycza korupcja i złodziejstwo były wyjątkowo bezwstydne).
Dziś Poroszenko zdaje się mówić: „Jeśli wystawiacie Kijowowi rachunki za ostatnie 20 lat, to pamiętajcie, że większość czasu w Doniecku rządził ‘wasz’ człowiek. Ja chcę żeby było inaczej. Zaufajcie mi”.

Zaufajcie i co dalej?

Prezydent po pierwsze chce by na wschodzie przestała się lać krew. Jego zapowiedzi – wzmocnienia armii, policji, gwardii narodowej – świadczą, że nie ma zamiaru hamować operacji antyterrorystycznej.

Sądzę, że mimo słów, które padły w Paryżu podczas wymiany zdań z Putinem (mówiono o konieczności zakończenia walk) P.P. będzie chciał pokazać, że ma siły i środki do tego by bezwzględnie zabijać rebeliantów.

W jednej ręce prezydent trzyma kij, a w drugiej marchewkę. Marchewka to amnestia dla wszystkich, którzy nie mają krwi na rękach i nie finansowali „terrorystów”.

A co z innymi? Przecież to ci inni – postawieni pod ścianą – będą walczyli jak lwy. I nas to jest sposób. Poroszenko proponuje „bezpieczny korytarz”. Formalnie dla „rosyjskich dywersantów”, w praktyce dla wszystkich.
Sens jest prosty: „Panowie jeśli zabijaliście uciekajcie, to lepsze niż podróż w czarnym worku”.

Gdy strzały umilkną ze Wschodem trzeba będzie się jakoś dogadać. I tu pojawia się wielki problem, bo gadać nie ma z kim.

Separatyści nie są partnerem z dwóch powodów.
P.P. nie może usiąść z nimi do stołu, bo ma ich za terrorystów. Rozmowa z nimi oznaczałaby wściekłość reszty kraju – to raz. A dwa, że separatyści nie mają sensownych przywódców, spójnych programów. W dodatku nikt ich do niczego nie wybierał – słowem rozmowa byłaby bez sensu.

Logiczne byłoby dogadanie się z lokalnymi władzami, ale te także są w rozsypce. Tu przecież tradycyjnie rządziła Partia Regionów, która się skompromitowała i podzieliła.
Stąd pomysł na szybkie wybory lokalne na Wschodzie:
„Wybierzcie sobie, kogo chcecie i jakoś się dogadamy”.

Dogadamy się? A co obiecuje Poroszenko?

1. Decentralizację władzy – to odpowiedź na żądanie federalizacji Ukrainy. Federalizacji nie będzie, ale więcej władzy i więcej pieniędzy zostanie w regionach.
Ma to być przeprowadzone na wzór polski. Tu widzę rękę Pawła Kowala, który w weekendowej Gazecie Wyborczej napisał: „zamiast proponowania Ukraińcom zainstalowania sobie okrągłego stołu z polskich wynalazków dużo lepsza byłaby ustawa gminna z 1990 r.”
Uważam, że nie jest to przypadek – Kowal zna Poroszenkę, koleguje się z nim i pewnie podpowiada mu pożyteczne rozwiązania.

2. Gwarancje dla nieskrępowanego używania języka rosyjskiego na Wschodzie. Poroszenko zastrzegł, że nadal obowiązuje art. 10 Konstytucji: „ukraiński jest jedynym państwowym”. Ale jednocześnie w orędziu zrobił sporo gestów, by Wschód uwierzył, że rosyjski nie będzie dyskryminowany. Nareszcie! Wojna językowa przynosiła Ukrainie tylko straty i dostarczała paliwa separatystom. A i tak od początku było wiadomo, że odchodzenie od rosyjskiego na wschodzie to projekt powolny, ewolucyjny. Na pewno nie da się sprawy załatwić ukazami, mandatami. Tego ostatniego oczywiście nikt tego nie robił, ale namiętności kipiały. Poroszenko chce je uspokoić.

3. Szacunek dla specyfiki regionów. Prawa lokalnej społeczności do własnej pamięci historycznej, własnego panteonu bohaterów, czy tradycji religijnych. Znów Poroszenko leje olej na wzburzone fale. Mówi Wschodowi: „Spokojnie, nikt nie będzie niszczył pomników Lenina, nikt nie będzie stawiał pomników Bandery. Nie będzie się mówiło, że Armia Czerwona to zdrajcy, a UPA to bohaterowie. Każdy będzie mógł czcić kogo sobie chce”.
No cóż taka już jest ta Ukraina: bez wspólnej historii i bohaterów. P.P. przekonuje, że mimo wszystko da się żyć w jednym domu.

4. Dalej są już tylko sprawy „rytualne” . Obietnice inwestycji, miejsc pracy i normalności.

Jak podsumować „wschodnią” część orędzia Poroszenki?
Ja zrozumiałem, że Poroszenko mówi: „Pogadajmy!”. Chce rozmowy niemal o wszystkim. Poza dyskusją pozostawił trzy rzeczy: przynależność Krymu do Ukrainy, kierunek na integrację z Europą i ustrój państwa (państwo unitarne, nie federalne).

Od tego, czy Wschód zacznie go słuchać zależy sukces albo porażka nowego prezydenta.

Paweł Reszka

ps. Na fotografii proukraińska demonstracja przed pomnikiem Szewczenki w Symferopolu w lutym 2014 r. Dziś jedynak ukraińska flaga na Krymie wisi na siedzibie Medżlisu.

Generał i cmentarna powaga

Generał Wojciech Jaruzelski został pochowany. Żegnała go salwa honorowa, marsz żałobny, grany przez wojskową orkiestrę, gwizdy i krzyki „hańba”.

To był nie tylko pogrzeb, ale i rozliczanie się z tragiczną historią Polski. W powietrzu wisiało pytanie, co zmieniła ta śmierć? Generał jest przywódcą zbrodniczej junty, którego należy potępiać, czy może bardziej nawróconym grzesznikiem (poprosił o spowiedź i komunię przed śmiercią), o miłosierdzie dla którego należy się modlić? Życzyć mu nieba, czy ogni piekielnych? A jeśli modlić się o miłosierdzie: czy oznacza to przebaczenie i zapomnienie?

Mówił o tym biskup polowy Wojska Polskiego Józef Guzek, który przewodniczył mszy w intencji generała w Katedrze Wojska Polskiego: „Jako chrześcijanie jesteśmy apostołami prawdy i miłosierdzia, wyznawcami Boga, który jest sprawiedliwy i miłosierny równocześnie. Tych wartości nie możemy rozdzielać. Zdrada jednej z nich sprawia, że rozmijamy się z Ewangelią. Można ulec pokusie zakłamania i ukrywania prawdy. Można też oskarżać w imię prawdy, zapominając o tym, że Jezus, gdy dostrzegał nawrócenie, okazywał miłosierdzie”.

Słów tych słuchały żona i córka generała, trzech prezydentów: Komorowski, Wałęsa i Kwaśniewski, minister obrony oraz grupa – głównie lewicowych – polityków.

Prezydent RP też przemówił w katedrze. Nie tylko jako głowa państwa, ale i opozycjonista, który z generałem walczył i przez generała cierpiał. Bronisław Komorowski mówił, że teraz nie my, a kto inny ma prawo sądzić Wojciecha Jaruzelskiego. „Niech mu polska ziemia lekką będzie” – dodał.

Po tych słowach w katedrze zapadła cisza. Taka, że pierwszy raz wyraźnie słychać było gwizdy i okrzyki „hańba”, wznoszone przez ludzi zgromadzonych przed świątynią.

Stało ich tam kilkuset. Trzymali portrety tych, których zamordował komunistyczny reżim. Ich mierziły honory, wieńce, kompania wojskowa i sztandary, którymi żegnano Wojciecha Jaruzelskiego. Uważali, że nie zasłużył sobie na takie zaszczyty. „Patriotów chowano jak psy na łączce, a zbrodniarzy z honorami” – miał napisane na transparencie jeden z demonstrantów. I to oddaje najlepiej sens protestu.

Na Powązkach Wojskowych, gdzie złożono urnę z prochami, doszło do konfrontacji uczestników pogrzebu z przeciwnikami generała. Urnę nieśli żołnierze: przez tłum, kordony policji, wśród gwizdów i wyzwisk.

Obwieszeni medalami, dawni towarzysze broni generała smutno kiwali siwymi głowami, patrząc na te gorszące sceny. Za ich czasów byłoby to niemożliwe. Wystarczył jeden rozkaz, by przywrócić w całej Polsce cmentarną powagę.

Paweł Reszka

Donbas nie Krym

Majdan 1942

Ślimacząca się do tej pory operacja antyterrorystyczna nabrała wigoru. Rebelianci zajęli lotnisko w Doniecku i szybko, choć po ciężkich bojach zostali z niego wyparci.

Ukraińska armia rzuciła wszystko, co miała – śmigłowce, samoloty i desant. Separatyści z ciężkimi stratami musieli wycofać się do centrum miasta. Pierwszy raz Kijów pokazał im, że łatwo nie będzie. I nikt bez walki niczego nie odda.

Lotnisko to poważna sprawa, nie jakiś tam budynek administracji, czy rady miasta. Ukraińskie władze dobrze pamiętają, co się stało, gdy straciły lotnisko w Symferopolu. Rozzuchwalone „zielone ludziki” w ciągu kilkunastu dni przejęły kontrolę nad całym Półwyspem.

Zdaje się, że tym razem Kijów nie chce popełnić takiego samego błędu – to jest stracić prowincje, przy zachowaniu podręcznikowej bierności.

Ryzyko tak twardych działań jest jednak ogromne – walki mogą przenieść się z przedmieść do centrum wielkiego, prawie milionowego miasta. Cywilnych ofiar nie da się uniknąć – już są pierwsze. Moskwa już gniewnie pomrukuje, a za chwilę zacznie grozić. Na Zachód raczej nie ma co liczyć – co dobrze pokazała aneksja Krymu.

Separatyści szykują się do walk w mieście, budują barykady na drogach wjazdowych i oczekują na posiłki.

Poprzedniej nocy przez rosyjsko – ukraińską granicę (Nowoprochorowka – Astachowo, w obwodzie Ługańskim) przerwał się transport ciężarówek wypełnionych bronią i „ochotnikami”. To znaczy, że Ukraińcy nie kontrolują granic, a Rosja dywersantów przepuszcza – to są niepokojące dla zwolenników zjednoczonego państwa wiadomości.

Co to za „ochotnicy”? Na pewno to nie regularna rosyjska armia tak jak to było na Krymie. Inne uzbrojenie, inne mundury, inna dyscyplina. Wyglądają raczej na zbieraninę zaprawionych w bojach najemników. Bez wiedzy Kremla oczywiście nie hasaliby sobie po sąsiednim kraju. Jednak wydaje się, że to nie Kreml koordynuje akcję.

Za to w sprawie rebelii wyjątkowo aktywny jest Ramzan Kadyrow prezydent rosyjskiej Czeczenii. Na Krymie ostrzegał Tatarów przed buntem. Na wschodzie negocjował, z sukcesem, uwolnienie dwóch dziennikarzy rosyjskiej stacji Lifenews, których ukraińska armia zatrzymała pod zarzutem współpracy z terrorystami.

Aleksandr Łukianienko, mer Doniecka powiedział oficjalnie, że wśród rannych w walkach o lotnisko jest ośmiu z tamtej strony granicy z Groznego, Gudermesu, Moskwy i Krasnodaru.

Spotkania z Czeczenami w Doniecku potwierdzają reporterzy. Sam zresztą spotkałem kilka tygodni temu takiego bojownika w siedzibie administracji obwodowej zajętej przez separatystów. Miałem okazję go obserwować dłuższą chwilę. Od ok. 20. letnich rówieśników odróżniał się brodą i dobrym wojskowym ubraniem. Trzymał się trochę z boku i niemal się nie odzywał – widział, że jestem dziennikarzem, więc może, dlatego. Gdy w końcu przemówił usłyszałem ciężki, kaukaski akcent.

We wschodniej Ukrainie, odróżnieniu od tego co było na Krymie – Moskwa nie ma za bardzo z kim rozmawiać. Tam sprawy były proste. Namiestnikiem odpowiedzialnym za operację „Aneksja” (rosyjscy PR-owcy nadali jej oficjalną nazwę „Krymska wiosna”) został wyznaczony Władimir Kostantinow. Przewodniczący parlamentu, człowiek bogaty i wpływowy – który wiedział, że niebawem może znaleźć się za kratkami za separatyzm.

Konstantinow walczył nie tylko o „wolność” Krymu, ale i o wolność osobistą. Siłą wykonawczą został Siergiej Aksjonow – mianowany premierem. Lider marginalnej prorosyjskiej partii, człowiek z bogatą przeszłością kryminalną.

Obaj potrafili wykonać szereg zadań: od przepychania uchwał przez parlament, przez dogadanie się z milicją, po sprawne przeprowadzenie referendum.

W Doniecku i Ługańsku? Nic z tych rzeczy. Separatyści kłócą się między sobą publicznie, powołują różne „twory”, następnie się z tego wycofują, referendum odbyło się, ale do tego krymskiego mu bardzo daleko. Kto, gdzie i za co tam odpowiada trudno dociec. Nie ma jednego lidera. Nie ma się więc z kim układać. Można za to się łatwo sparzyć. Moskwa musi więc stawiać na pośrednika.

Ramzan się nadaje, bo on ułoży się z każdym. A jak się nie ułoży to każe go odstrzelić.

Rebelia trwa już od wielu tygodni. Nie jest to szybka akcja jak na Krymie. Kontrolowane przez separatystów nich rejony powoli zamieniają się w krainę bezprawia. Mnożą się rabunki, egzekucje, kradzieże samochodów, porwania dla okupu. Ludzie na to patrzą i powoli zaczynają mieć dość. „Nie” dla Kijowa powszechne na wschodzie, nie oznacza jeszcze „tak” dla anarchii.

Petro Poroszenko – prezydent elekt – podobno zaczął prowadzić sekretne rozmowy z Partią Regionów. Powiedziała o tym Anna German – przez lata lojalna współpracowniczka Wiktora Janukowycza, a kiedyś korespondentka Radia Swoboda w Warszawie.
Ostatnio zagroziła procesem dziennikarzowi, który oskarżył ją o wieloletnią współpracę z KGB – chce 300 tysięcy dolarów, które ma przeznaczyć na ukraińską armię.

Przy okazji German stwierdziła, że doniecki oligarcha Rinat Achmetow powinien stanąć na czele Partii Regionów.

Myśl o włączeniu do rozgrywki Partii Regionów nie jest nowa. Rzucił ją jeszcze w lutym były prezydent Leonid Kuczma. Sens był taki: Partia Regionów powinna wykorzystać wszystkie możliwości, by ocalić jedność terytorialną kraju. Dzięki temu może „wygrać” drugie polityczne życie, odkupić winy z czasów niszczenia Majdanu.

Obecna władza ma na wschodzie marne wpływy – ludzie ich zwyczajnie nie lubią. To nie zaskakuje – Partia Regionów zawsze robiła najlepszy wynik w obwodach Donieckim i Łużańskim (2012 r. odpowiednio 57 i 65 procent, przy średniej w całym kraju 34 proc. W 2007 r. było jeszcze lepiej 72 i 73 proc, przy średniej 32).

Może więc Poroszenko rzeczywiście jest gotów na pakt z diabłem, by ocalić ojczyznę? Gdyby się udało nikt rozsądny nie robiłby mu zarzutu. Tymczasem sam Achmetow, który potępił separatystów i „zaatakował” ich wyciem syren w swoich fabrykach wyjechał do Kijowa.

Nie wiadomo do końca, w co gra i wobec kogo jest lojalny.

A separatyści grają ostro. Ostatnio jeżdżą po donieckich kopalniach, rozdają broń i namawiają górników, by się do nich przyłączyli. Sytuacja jest coraz bardziej napięta, a ofiar coraz więcej.

Ciąg dalszy – niestety – nastąpi.

Paweł Reszka

ps. na zdjęciu widać separatystę, którego „zdjąłem” w końcu kwietnia na przedmieściu Słowiańska – wyglądał na fachowca.