Archiwum kategorii: Bez kategorii

Maks

Maks

Nie poznałem go. Chociaż jest moim kumplem. Gdy dowiedział się, że jestem dzwonił do mnie z zaproszeniem. Czekał, aż przyjadę. Wysiadłem z samochodu. Przeszedłem obok.

Zatrzymał mnie jego wzrok.
– Maks, mój Boże!

Nikt go tak tu nie nazywa oprócz mnie. Ma swój wojskowy, groźnie brzmiący, pseudonim. Wychudł. Nie golona broda robiła jego twarz jeszcze bardziej pociągłą. Oczy zapadły się gdzieś głęboko. Uśmiechał się do mnie, wyciągał rękę, ale spojrzenie miał już z kamienia.

Ostatni raz widziałem go w grudniu. Natalia zaprosiła nas obu na urodziny. Siedzieliśmy u niej w domu. Udawaliśmy, że nie ma wojny. Koniak, wódka, kotlety, ogórki, chleb, ciasto, czekoladki. Jakby za oknem nic się nie działo. Ona w czarnej, wydekoltowanej sukni.
Maks: – Zrobiłaś to nam specjalnie!
Ja – w kulminacyjnym momencie imprezy – wywalam sałatkę olivier na spodnie.
Oni tarzają się ze śmiechu.
Natalia: – Polska fantazja!
Głupio mi. Siedzę za stołem jak fleja. Natalia przynosi ręczniki.
A Maks? W odprasowanym mundurze. Uśmiechnięty. Zakochany w życiu. Król przedstawienia. Niedługo miał jechać na pierwszą linię. Czuliśmy, że on tego chce. Piliśmy koniak jeszcze na dole, czekając na taksówki. Sąsiedzi gniewnie wyglądali zza firanek. Jak dobrze.

Kiedy to było?

On przysiadł teraz na murku, ukrył głowę w dłoniach. Metal łupie, gwiżdże, spada. Podświadomie chce się uciekać do garażu przerobionego na schron. Ale on siedzi bez ruchu jakby niczego nie słyszał. Przysiadam obok. Trącam łokciem.
W torbie z aparatem mam dla niego koniak. Pokazuję skrycie.
– Weźmiesz?
– Nawet nie kuś – szepce.
Rozpalają się oczy jego młodych żołnierzy. Oni wiedzą co ukrywam.

Na wojnie nie wylewa się za kołnierz, ale Maks to tępi. Słyszę tysiące opowieści o pijanych wojakach: „Jeden poszedł stawiać miny pułapki. Nikomu nie powiedział. Zastrzelił go wartownik”. „Popili i chcieli zobaczyć co będzie jak wrzucą dwa pociski do moździerza. Rozerwało na ch… i strzępy”.
Dowódca musi pisać do matki: „Zginął śmiercią bohatera”. Maks nie chce pisać takich listów.

– Przejdziemy się?
– Jasne! Tylko dokąd chcesz iść?
Wokoło posiekana kulami, szrapnelami pustynia. Przedzieramy się podwórkami, bo ulica pod ostrzałem. Rykoszety. Zawracamy.
Teraz przez drogę.
Maks: – Przebiegniemy, tak będzie lepiej.
Biegniemy. Wszystko tonie w śmieciach. Wojsko stoi tu już długo.
– Chcesz na pozycję?
Drapiemy się po trzech drabinach na dach. Potem trzeba pełzać bo snajper. Zalegamy w komórce ułożonej z cegieł. Trzech młodych chłopców. Starają się nie wysuwać nosa, ale marzą.
– Może zaatakować?
– Debile! Przez 500 metrów będą strzelali do was jak do tarczy. Pójdziecie, sam zastrzelę. Nie boję się śmierci, boję się głupiej śmierci. Siedzicie tutaj.
Chyba dotarło. Znowu pełzniemy do drabin. Teraz w dół. Droga. Biegniemy. Śmieci.

Idziemy do sąsiadów. Ich batalion zjechał, zostało tylko pięciu. Ci mają już naprawdę dość. W ich ziemiance śmierdzi. Już do siebie nie mówią. Zapraszali, a teraz milczą. Patrzą wilkiem. Może tylko mi się zdaje? Na koniec mówią przecież:
– Weźcie żarcie. Nam się nie przyda.
Bierzemy żarcie. Dziękujemy. Potem klniemy, bo z kartonową paczką ciężko się idzie, trudno upaść jakby co.

Dochodzimy do „swojego” schronu. Młodzi rozmawiają o futbolu. Jeden jest za Metalistem Charków, więc nienawidzi Dynama Kijów. Ale jakby Dynamo grało z Zenitem z Petersburga albo ze Spartakiem z Moskwy to poszedłby bić Ruska razem z Dynamem. Ale w normalnych warunkach nabiłby mordę Kijowianom. Bo miłość do klubu jest rzeczą świętą.
Maks nie może. Znów ukrywa głowę w dłoniach, zatyka uszy.

– Gdzie jest toaleta?
Maks nie słyszy. Tamci patrzą na mnie jak na wariata:
– Na pewno musisz? – widzę w ich oczach pytanie.
– Za domem, potem w lewo i wybite drzwi po prawej.
Idę. Nie potrzebuję toalety. Chcę ją tylko sfotografować. Wiem, że najbardziej boją się takiej śmierci. Ze spodniami spuszczonymi do kolan. Każdy chciałby zginąć jak bohater, z karabinem w ręku. Szturmując lub broniąc swojej pozycji. Zginąć w kiblu to jakiś absurd. Andriej z Pirłuków, najsympatyczniejszy z młodych lituje się i idzie za mną, żeby pokazać co i jak.
– Tutaj.
– Rozwalona.
– Pocisk trafił w ścianę. Wybił drzwi, ale można… jeśli trzeba.
– Nie trzeba, chciałem zrobić zdjęcie.
– Po co?
– Miejsce, którego na wojnie boisz się najbardziej.
– No, nawet dzisiaj spieprzałem ze ściągniętymi portkami. Tak zginąć… Sam rozumiesz.
– Jasne.

Wracam. Maks patrzy na mnie:
– Jest samochód. Pojedziesz?
– Może zostanę? Pogadamy.
– Pogadamy? Lepiej pojedź. To nie twoja wojna. Jeszcze się nagadamy.
Klepiemy się po plecach.
– Na pewno nie chcesz flachy? – pytam cicho.
– Nie, zrobimy następnym razem.

Wsiadam. Maks wychodzi na drogę. Macha. Nie zamieniliśmy nawet słowa o Natalii. Jakby tamto nigdy nie istniało.

Paweł Reszka

(To jest felieton dla TP sprzed dwóch tygodni.)

Droga

030Mój samochód mi tego nigdy nie wybaczy, ale przejechałem drogą E – 50 (od Pawłohradu, przez Dniepropietrowsk, aż do Kirowohradu). Następnie zrobiłem coś znacznie gorszego. Wskoczyłem na trasę „międzynarodową” M-13 (Kirowohrad do skrzyżowania z autostradą do Odessy).

Było to 500 kilometrów męki od świtu do zmroku. Podróż zajęła mi półtora dnia. W kabinie smród przegrzanych klocków hamulcowych, jęczące zawieszenie. Prędkość 40 – 50 kilometrów na godzinę uchodzi tam za szaloną. Wówczas „droga jest lepsza” i jedzie się slalomem.

Dużo częściej trzeba zatrzymywać auto, redukować do jedynki i powoli wjeżdżać w głębokie na kilkadziesiąt centymetrów dziury. Tak jeżdżą wszyscy – właściciele starych ład i błyszczących landcruserów. Zagubieni turyści, autobusy i przewożące towary Tir-y.

Czasem droga znika. Należy wówczas wyjść na zewnątrz, by wybrać przejazd – z prawej metrowy uskok, z lewej wąska na pół koła ścieżynka między wyrwami.

Taka podróż wymaga cierpliwości i pokory, ci którzy jej nie wykazują stoją potem na poboczu z oderwanymi kołami. Myślę, co będzie, gdy na M-13 wywali się ciężarówka, o co nie trudno?

Nie żałuję ani kilometra, który dane mi było przejechać. Zrozumiałem w jak katastrofalnym stanie jest Ukraina. Południe kraju to prawdziwa technologiczna katastrofa. Nie da się jej dostrzec, gdy podróżuje się drogami między Odessą, a Kijowem, czy trasą Lwów – Kijów – Charków.

Widok centrum Dniepropietrowska robi tym bardziej wstrząsające wrażenie. Stojące na Dnieprem wieżowce przywodzą na myśl bogactwo Manhattanu. Drogie limuzyny, biurowce, ociekające złotem hotele.

Miasto to jeden wielki biznes: przemysł metalurgiczny, maszynowy, kosmiczny. Wielkie centrum bankowe. Swego czasu klan Dniepropietrowski (zrodzony jeszcze w czasach Breżniewa) trząsł całą Ukrainą. Stąd jest były prezydent Leonid Kuczma (pochodzi z kasty czerwonych dyrektorów), stąd jest były premier Pawło Łazarenko i była premier Julia Tymoszenko.

Fortuny robili tu także Wiktor Pińczuk i Igor Kołomojski – dzisiejszy wpływowy gubernator (na Obwód Dniepropietrowski mówi się z przekąsem Kołomojszczyzna). Kołomyjski być może uratował Dniepropietrowsk przed wojną domową. Rządzi tam żelazną ręką. Na front posłał wyekwipowane za własne pieniądze bataliony Dnipro 1 i Dnipro 2. Lecz teraz staje się dla demokratycznej Ukrainy wielkim problemem – gdy wysyła uzbrojonych w automaty ludzi do Kijowa, by wprowadzać swoje porządki w państwowej spółce energetycznej.

O tum przyjedzie jeszcze pewnie pisać, ale dziś miało być do podróżowaniu na południu.
018
Uważam to za wielki wstyd, że ci ludzie (politycy i bogacze) potrafili robić tu karierę i wielkie pieniądze – a nie potrafili pomyśleć o zwykłej drodze. Symboliczne sobiepaństwo, zachłanność i egoizm klasy politycznej i finansowej.

– Jak to możliwe, że wszyscy napychali sobie kieszenie przez tyle lat, a nie starczyło im wyobraźni, by wybudować trasę. Dla ludzi, ale przecież też dla siebie – kląłem pod nosem.
– Dla siebie? – zaśmiał Jurko, towarzysz podróży – Oni mają helikoptery i odrzutowce!

Paweł Reszka

Donieck

Donieck 100

„Widać przedmieścia Doniecka. Zwykłe blokowiska. Patrzę na zegarek, już popołudnie.
Wyobraźnia podpowiada, że po osiedlowych uliczkach idą kobiety objuczone zakupami. Wracają do domów.
Dzieci z kluczami na szyi. Strzelają do krzywej bramki ustawionej na trawniku. Ci co niedawno mieli urodziny paradują dumnie w koszulkach z napisem Messi albo Ronaldo.
Młodzież pociąga piwo na ławce. Mężczyźni o byczych karkach wracają z kopalni do domu. Matki zaraz zaczną uchylać okna i zwoływać dzieciarnię na obiad. Jak to na blokowisku.
Przyglądam się uważniej. W bloku, który widzę w oddali nie ma okna. Tylko wypalona dziura. Jedna, dwie, osiem. W następnym jest tak samo. Jutro wejdę na opustoszałe osiedle. Do mieszkania przeszytego pociskiem. Zobaczę ogródki na parterze. Kiedyś wypielęgnowane. Z kwiatkami, marchewką, czasem kartoflami.
Zawsze się z tego śmiałem.
– Po co to robicie?
A oni odpowiadali półżartem: – A jeśli będzie wojna?
Ogródek, nawet taki przy klatce dawał poczucie bezpieczeństwa. Dawał złudzenie, że posiada się coś swojego.
Teraz to wszystko posiekane odłamkami.”

To fragment tekstu, który ukaże się w najbliższym Tygodniku Powszechnym. A tera kilka uwag.

Wyprawy do Doniecka się obawiałem – a bardzo chciałem ją odbyć. W szeregach wojsk tzw. DNR walczy jeden z bohaterów mojego przyszłego reportażu.

Najbardziej lękałem się wszystkich „papierkowo – biurokratycznych” kłopotów. Załatwiania przepustek, dogadywania się w sprawie akredytacji.

– Los mojej podróży będzie zależał – myślałem sobie – Od widzimisię przypadkowego człowieka w mundurze. A co będzie jak Ukraińcy przepuszczą, a DNR- owcy nie przepuszczą? Zostanę na ziemi niczyjej?

Nie było tak źle. Przez posterunki ukraińskie przejechałem na akredytację prasową ATO. Wcześniej zadzwoniłem do biura prasowego ATO – zgłaszając zamiar podróży (nie wiem, czy potrzebnie, czy nie, ale przejechałem).
Przez posterunki DNR przejechałem „na pałę” miałem tylko paszport i legitymację prasową Tygodnika Powszechnego (tę z ATO schowałem naturalnie). Nie ukrywałem, że jestem dziennikarzem. Najtrudniejszy był posterunek Berkutu, przy wjeździe do miasta (na którym zresztą stał gotowy do boju czołg – to a propos zawieszenia broni).

Berkutowcy grzebali w rzeczach, zadawali pytania, ale przepuścili. Po przyjeździe do miasta zrobiłem sobie w administracji obwodowej akredytację (10 min) pokazując paszport i legitymację prasową. Ta akredytacja umożliwiała mi w miarę swobodne poruszanie się. Przepuszczali mnie na wszystkich posterunkach – z przypomnieniem, że z miasta do miasta jeździ się prostymi drogami, nie skręca ani w lewo, ani w prawo. Chodziło o to bym nie mógł sfotografować pozycji bojowych ani sprzętu.
Za miastem w drodze do Gorłowki – kontrolowano mnie 5 razy na przestrzeni 30 – 40 km. To techniczne uwagi, które może przydadzą się kolegom dziennikarzom.

A wrażenie z Donbasu? Pierwsze dziwne uczucie jest przy przekroczeniu linii frontu. Nagle patrzy się na znane pozycje ukraińskie od drugiej strony. Wiesz, że siedzą tam żołnierze, a ty jesteś na terytorium ich przeciwnika.

Pierwsze wrażenie Doniecka to pustka. Centrum jest wysprzątane, jeżdżą autobusy, karetki, taksówki – wszystko z pozoru jest normalnie. Problem w tym, że nie ma ludzi. Idziesz po ulicy Artioma, która była zawsze zatłoczona, sto metrów, dwieście i nie mijasz nikogo. W sklepach wiele pustych półek.
Gdy zagłębić się w dalsze od centrum ulice widać zniszczenia wojenne. W sercach ludzi obawa i nienawiść do Kijowa. Nawet ci, których pamiętałem jako ukraińskich patriotów mają za złe blokadę ekonomiczną i pociski, które spadały na osiedla mieszkaniowe.

Wiele ostrzałów – co także potwierdzali mi znajomi – było spowodowane tym, że separatyści otwierali ogień kryjąc się w dzielnicach mieszkalnych.
– Weszli do naszego bloku, zaczęli strzelać, Ukraińcy odpowiedzieli – mówił mi znajomy, który mieszkał opodal lotniska. Ten fakt zresztą nie zmniejsza pretensji jakie mają do ukraińskiej strony.
Po kilku rozmowach doszedłem do wniosku, że DNR nie bardzo zależy na niepodległości. Najlepszym dla nich wariantem byłby los Krymu, a więc aneksja przez Rosję.
O powrocie do Ukrainy słyszeć nie chcą.

Paweł Reszka

Dziś Wakarczuk!

Wakarczuk listWywiad ze Światosławem Wakarczukiem, liderem Okeanu Elzy dziś chwilę po 14 w radiowej „Trójce” w audycji „Raport o stanie świata”.

Wakarczuk – moim zdaniem – mówi kilka istotnych rzeczy:

1.
Sprzeciwia się budowaniu muru między wschodnią częścią Ukrainy, a resztą kraju. Pogląd, że dotknięte „gangreną” regiony kraju należy izolować, a nawet amputować – jest coraz popularniejszy na Ukrainie. Wakarczuk uważa inaczej: „Trzeba się dogadywać, trzeba rozmawiać, trzeba budować kompromis”.

2.
Mimo wojny, spowodowanej nią nienawiści Ukraińcy z zachodu, centrum oraz ci ze wschodu ciągle mogą usiąść na jednym stołem: „Rubikonu, czerwonej linii jeszcze nie przekroczyliśmy”.

3.
Ukraina może przyciągać wschód rozwojem gospodarczym, stałym polepszaniem się poziomu życia: „Wszystko decyduje się w płaszczyźnie polityki i gospodarki. Myślę, że od wojska, od armii zależy mniej niż myślimy”.

4.
Przed Ukrainą jeszcze wiele wyzwań i błędów, których nie da się uniknąć na drodze do normalności: „Musimy przez 40 lat błąkać się po pustyni, wyjść z niewoli Egipskiej. Czy będzie to lat 40 lat, czy 5, czy 10, czy 15, czy też sto lat – tego nikt nie wie. Ale musimy przez to przejść”.

Być może to wszystko jest idealistyczne, marzycielskie – ale Wakarczuk ma zdolności profetyczne. Wystarczy wsłuchać się w słowa piosenki „Oбійми” (https://www.youtube.com/watch?v=–Wokwe4-i0) , która została napisana w 2013 roku, a więc przed wojną.
Wówczas nikt o wojnie nie myślał, ale dziś „Oбійми” mogą śpiewać zmaltretowani walkami żołnierze, którzy wracają do domu. Marzą, by ktoś ich objął. By mogli zapomnieć o tym, co przeżywali przez ostatnie miesiące na froncie.

Może ta piosenka ma kolejne dno? Może i wschodnia część kraju zechce kiedyś tego samego? (Wakarczuk mówi, że wschód będzie się kiedyś chciał „przytulić” do reszty kraju – co jest bardzo ładnym stwierdzeniem).

Na koniec – nigdy w życiu nie miałem okazji rozmawiać z gwiazdą rocka. O Wakarczuku słyszałem wiele dobrego – ale i tak myślałem, że spotkam kogoś rozkapryszonego: „Do zdjęcia nie jestem uczesany, a o to proszę nie pytać”.

Nic takiego się nie stało. Wakarczuk nie ma w sobie gwiazdorstwa. Wszystko, co mówi jest bardzo dobrze przemyślane i ułożone. Może dlatego, że ma wykształcenie ścisłe? Jest przecież doktorem fizyki i synem wybitnego fizyka kwantowego profesora Iwana Wakarczuka.

Wakarczuk senior – w wolnej Ukrainie był ministrem oświaty oraz rektorem Uniwersytetu Lwowskiego im. Iwana Franko.

We Lwowie opowiadano mi, że profesor Wakarczuk lubił się przekomarzać z młodym naukowcem Jarosławem Hrycakiem:

– Panie Hrycak, ja jestem fizykiem kwantowym. Pan historykiem. Ale historia co to za nauka? Rozumiem, że jak przeczytam podręcznika do historii, to też będę historykiem?
– Panie profesorze to, że wysłucha pan VII Symfonii, nie uczyni z pana muzyka! – odpowiadał Hrycak, który dziś znanym na cały świat profesorem.

Zdarzenie prawdziwe, czy nie? Nie wiem, ale na pewno bardzo zabawne.

Wracając do Wakarczuka juniora – jest on kim więcej niż muzykiem i profetycznym poetą.
Na wschodzie Ukrainy wszyscy o nim mówią: „Wakarczuk dał na szpital”, „Wakarczuk zagrał dla nas”, „Wakarczuk spotkał się ze studentami”.

Kiedy moje znajome, działaczki społeczne ze Słowiańska dowiedziały się, że będę rozmawiał z Ś.W. przekazały mi list do niego. Proszą by przyjechał, spotkał się z żołnierzami, studentami, społecznikami.

Spełniłem ich prośbę. Myślałem, że Wakarczuk odłoży list ad acta, odda asystentowi, powie coś zdawkowego. Zdziwiłem się, bo zaczął go zaraz czytać (widać na zdjęciu) i zadał jedno pytanie:

– Czy te panie zostawiły jakieś namiary? Aha, są na końcu listu. Dobrze, zastanowię się.

Widać więc, że nie odwala PR –owej pańszczyzny, ale mu zależy. Od lat zresztą.

Pamiętam go z Pomarańczowej Rewolucji i Rewolucji Godności. Przez rok, był posłem do Rady Najwyższej – cisnął mandatem. Jednak moim zdaniem, wcale myśli o polityce nie porzucił.

Na mój gust – gdyby się nią zajął ponownie – ukraińska polityka wiele by zyskała. Sztuka, dla odmiany, poniosłaby ogromną stratę.

No i czego tu życzyć Ukraińcom?

Paweł Reszka

Ukraina fotokast

Siemionowka leży na przedmieściach Słowiańska. Przez środek wsi przebiegała linia obrony oddziałów separatystów, którzy bronili miasta przed ukraińską armią.

Podczas szturmów i w wyniku ostrzału z broni ciężkiej ucierpiały domy, przedszkole i szpital psychiatryczny. Wszystko to działo się na początku lipca.

Dziś wyludniona wieś wygląda tak, jakby walki skończyły się wczoraj.

To jest pierwszy fotokast jaki zrobiłem w życiu. Tak jak umiałem zmontowałem dźwięk i dołożyłem zdjęcia zrobione na Ukrainie. Efekt poniżej. Zapraszam!

Nowy Rok, nowy blog

Grudniowa podróż do Słowiańska należała do kategorii mistycznych.

Ruszyłem z Charkowa o poranku. Droga pokryta śniegiem. W powietrzu unosiła się mgła. Zmrożona, gęsta. Miałem wrażenie, że gdybym wyszedł, ruszył przed siebie moja sylwetka zostawiłaby ślad w zawiesistym powietrzu. (…)

To początek pierwszego wpisu w nowym miejscu. Od tego roku „Reszka świata” przeniosła się pod adres:

http://pawelreszka.blog.tygodnikpowszechny.pl/Charkow 139

Życzę wszystkim dobrego Nowego Roku i zapraszam do lektury.

Paweł Reszka

Nowy Rok, nowy blog

Droga do Słowiańska, grudzień 2014

Grudniowa podróż do Słowiańska należała do kategorii mistycznych.

Ruszyłem z Charkowa o poranku. Droga pokryta śniegiem. W powietrzu unosiła się mgła. Zmrożona, gęsta. Miałem wrażenie, że gdybym wyszedł z auta, ruszył przed siebie moja sylwetka zostawiłaby ślad w zawiesistym powietrzu.

Pamiętacie taki reportaż R.Kapuścińskiego z Jakucka? „Kiedy człowiek idzie w, w tej mgle robi się korytarz. Korytarz ma kształt sylwetki przechodzącej osoby. Człowiek przechodzi, ale korytarz zostaje, tkwi we mgle nieruchomo”.

– To właśnie taka mgła – myślałem.

Termometr zamontowany w samochodzie pokazywał minus 15, minus 18, minus 20, w końcu minus 23 stopnie. Słońce usiłowało przebić zawiesinę próżno i nieporadnie. Tworzyło za oknem fantastyczne obrazy. Nieliczne samochody wyłaniały się z niej ja zjawy, drzewa przypominały wieże gotyckich katedr.

Nie poznawałem miejsc, które pamiętałem sprzed kilku miesięcy. Gdzie zestrzelono ukraiński helikopter? Tutaj?

Gdzie widziałem zepsuty transporter opancerzony? Żołnierze usiłują zaczepić hol – ciężką stalową linę. Śpieszą się. To przez strach. Czekają, czy ze strony zdradzieckiego Słowiańska nie padną strzały.

Gdzie był pierwszy blok post separatystów zauważę go w tej mgle? Odnajdę ludzi, którzy fetowali rebelię? Są jeszcze w mieście odbitym przez ukraińskie wojska?

W pierwszym wpisie w nowym miejscu – tu od tej pory będzie publikowała się „Reszka świata” zamieszczam zdjęcie z tej podróży.

Dalej planuję podać relację z mojego grudniowego pobytu we wschodniej Ukrainie. Zdjęcia, dźwięki, a nawet opowieści oparte na dźwięki i obrazie – mówią mi, że to się nazywa photocast 🙂 Wierzę na słowo!

Będą też felietony z TP, archiwum starych wpisów zostanie przeniesione też tutaj.

Życzę wszystkim dobrego Nowego Roku i zapraszam do lektury.

Paweł Reszka

Ego pana Sikorskiego

Cały dzień Radosławowi Sikorskiemu zajęło wycofanie się z twierdzeń o Tusku, Putinie i tajnej propozycji rozbiorów Ukrainy. Marszałkowi nie chciało przejść przez gardło najprostsze: „Przepraszam, pomyliłem się”. Bo i pomyłka była gruba. Nie chodziło o jedno słowo, ale o wymyślenie całego wydarzenia.

Były szef dyplomacji sprowokował polityczną burzę, a przy okazji naraził się na śmieszność.

A może rzeczywiście Putin namawiał Tuska do podzielenia Ukrainy?

Szansa raczej niewielka. Według słów Sikorskiego dla „Politico Magazine”, rzecz miała miejsce w Moskwie w 2008 roku.

Obaj politycy rozmawiali 8 lutego 2008 roku, lecz nie mieli spotkania w cztery oczy. Jeśliby propozycja („ponury żart”, „aluzja historyczna”) padła, musieliby ją słyszeć także inni członkowie delegacji biorącej udział w wizycie na Kremlu. Największą szansę, by usłyszeć, miał sam Sikorski (siedział po prawej ręce Tuska), ale także Sławomir Nowak, Rafał Grupiński oraz ambasador Jerzy Bahr. No, ale Sikorski przyciskany przez dziennikarzy mówi, że sprawę zna tylko z „relacji”.

Dla pewności zapytałem Rafała Grupińskiego o przebieg wizyty:

– Czy była rozmowa w cztery oczy PDT i Władimira Putina?

– Nie było.

– Obaj przywódcy byli tylko na chwilę z dala od delegacji, podczas uścisku dłoni. Więc prezydent Putin miałby teoretycznie tylko kilka sekund, by wyłożyć swój agresywny plan wobec Ukrainy. Innej możliwości nie było – czy dobrze rozumiem?

– Innej możliwości nie było. A salonik był mały i wszystko było słychać, jeśli dobrze pamiętam – odpowiedział Grupiński.

Jego słowa potwierdzają archiwalne nagrania telewizyjne. Ja wykopałem relację rosyjskiego Pierwszego Kanału (http://www.1tv.ru/news/economic/20424).

Historia jest niestety mało zabawna i źle świadczy o marszałku. Jego pomyłka stawiała w bardzo niezręcznej sytuacji przede wszystkim Donalda Tuska – wkrótce przewodniczącego Rady Europejskiej.

Dlaczego Tusk nie poinformował nikogo o takim zdarzeniu? Przypomnijmy, że rzecz się miała na dwa miesiące przed szczytem NATO. Tam miały zapadać kluczowe decyzje w sprawie obietnicy członkostwa w NATO (mapa drogowa MAP) dla Gruzji i Ukrainy.

(Także tam podczas rady NATO – Rosja Władimir Putin wstąpił z agresywnym przemówieniem nazywając Ukrainę „sztucznym państwem”, a niedługo potem byliśmy świadkami wojny w Gruzji.)

Zapytałem Witolda Waszczykowskiego, dziś posła PiS, a wówczas zastępcę Sikorskiego w MSZ, czy były jakieś notatki z rzekomego incydentu w Moskwie; „Nie wiem o nic o takich notatkach”. Czy informowano o tym sojuszników z NATO? „Odpowiadałem za kontakty z NATO, nic o tym nie wiem”, mówił Waszczykowski. (Dodam z kronikarskiego obowiązku, że W.W., od początku przekonywał, że wszystko to „konfabulacja Sikorskiego”).

Drugim moim rozmówcą był Maciej Łopiński, dziś poseł PiS, wówczas szef gabinetu prezydenta Lecha Kaczyńskiego:

– Kilka dni po przyjeździe z Moskwy Donald Tusk zdawał prezydentowi relację. Byłem przy tej rozmowie. Nie padło ani słowo na temat słów Putina w sprawie rozbioru Ukrainy.

– Czy brał pan udział w przygotowaniu strategii na szczyt w Bukareszcie, gdzie reprezentowali nas prezydent i szef MSZ?

– Nie we wszystkich spotkaniach, ale w bardzo wielu. Również tam nie było żadnej informacji w tej sprawie. Nie wiem też nic o żadnych notatkach na ten temat.

Czarne chmury żeglowały, więc prosto nad głowę Donalda Tuska, który podobno wiedział, ale nikomu nie powiedział.

Sikorski zaś przez cały czas upierał się przy swojej wersji. Zastrzegał, że jego słowa zostały poddane przez Bena Judaha z „Politico” „nadinterpretacji”, że wywiad ukazał się bez autoryzacji (taki trick działa dobrze, ale w Polsce. W normalnych krajach nie ma autoryzacji i nie istnieje słowo „nadinterpretacja”. Jak ktoś powie Lwów, to znaczy Lwów. A rozbiory, to rozbiory…) W każdym razie Sikorski nie zaprzeczał, że słowa padły.

Na konferencji, która odbyła się chwilę po dwunastej w Sejmie, Sikorski powiedział  tylko jedno: sam nie słyszał słów Putina. Na inne proste pytania reporterów: o notatkę służbową, informowanie prezydenta, sojuszników z NATO i Ukraińców – marszałek zareagował irytacją. Zerwał konferencję i uciekł od dziennikarzy.

Nie zbiło go z pantałyku także oświadczenia rzecznika Kremla, że „Politico” pisze jakieś bzdury.

Wszyscy w napięciu czekali na to, jak ze skandalu wytłumaczy się Tusk.

Nie musiał. Serial zakończył się wieczorem. Sikorski (zabawne, że publicznie upomniany przez Ewę Kopacz, która nad marszałkiem nie ma żadnej władzy) wyszedł znów do reporterów.

Tym razem przyznał się do pomyłki („Zawiodła mnie pamięć, bo po sprawdzeniu okazało się, że w Moskwie nie było spotkania dwustronnego premier Tusk – prezydent Putin”)  i do tego, że się zagalopował. Historię wywiadu odnotowało wiele światowych mediów: ABC News Reuters, „Washington Post”, „Daily Mail”, ITAR – TASS, „Christian Science Monitor”, Radio Svoboda, o „The Sofia Globe” nie wspominając.

To był galop szkodliwy dla Polski.

Paweł Reszka

Poroszenko na śmietniku

Ukraiński poseł Witalij Żurawski na śmietniku wyglądał godnie. W rękach ściskał dyplomatkę i powtarzał grobowym głosem: „Jesteśmy w pracy!”.

Pewnie, że w pracy! Śmieciowy kontener przywieziono przed same drzwi parlamentu, a Żurawski pracuje właśnie w parlamencie. Za co demonstranci wrzucili go do śmietnika? Pewności nie ma. Ale krzyczeli, że Żurawski to:

1. pederasta

2. przez takich jak Żurawski „leje się krew

3. oraz, że „Sława Ukrainie”, co już się Żurawskiego nie tyczyło.

Z początku, tak jak znajomi z Ukrainy, byłem przekonany, że tłum miał pretensję o ustawy amnestionujące separatystów i dające autonomię Wschodowi. Ale, dziś czytam, że mogło pójść o przeprowadzenie lustracji. To strasznie durne, bo akurat Żurawski, był za lustracją.

Może Żurawski dostał za to, że jest postacią mętną, farbowanym lisem? Za Wiktora Janukowycza był w Partii Regionów i wymyślał ustawy kneblujące dziennikarzy. A teraz lustruje. Nauczono więc go, że demokracja to rządy ludu  – w tym przypadku ludu uzbrojonego w kontener na śmieci.

Moim zdaniem wcale nie jest wykluczone, że tłuszcza dla rozrywki chciała kogoś wyrzucić na śmietnik. Takiego, co nosi marynarkę, lakierki i immunitet poselski. A Żurawski odpowiadał rysopisowi.

W każdym razie ubaw był po pachy. Śmieciowy film zrobił karierę w Internecie. Z satysfakcją pokazywała go rosyjska telewizja, oglądana masowo na wschodzie Ukrainy. Żurawski załapał się nawet do CNN – o czym wcześniej mógł tylko pomarzyć.

To się działo na śmietniku. A w Radzie Najwyższej? Tu prezydent Petro Poroszenko dwoił się i troił by przepchnąć ustawy, które radykalnie zmieniają sytuację na Ukrainie.

Podczas zamkniętego dla opinii publicznej posiedzenia przyjęto (wspomniane już) prawo o amnestii dla separatystów oraz prawo gwarantujące szeroką autonomię regionom na wschodzie przez najbliższe trzy lata.

Te ustawy – trzeba otwarcie powiedzieć – to wywieszenie białej flagi. Przyznanie się do tego, że wojna albo pierwsza jej część została przegrana. Stąd podniosły się głosy, że wszystko to pachnie zdradą.

Szczególnie dramatycznie zabrzmiała wypowiedź multimilionera Serhija Taruty: „Za co ginęli nasi chłopcy?”, pytał. Taruta to właściciel wielkiego biznesu w Donbasie. Taruta został wyznaczony przez Majdan na gubernatora. Ale choć wyrósł w Zagłębiu Donieckim, zrobił tu majątek, kupił sobie klub piłkarski, nie potrafił zrobić nic, by powstrzymać rebelię.

Dziś Taruta jest jak dawne królewięta bez ziemi. Załamuje ręce i nad chłopcami i nad biznesem, który traci.

Niezależnie od żalu magnata finansowego, prawda jest brutalna. Ukrainie nie starczyło sił, by wygrać wojnę. Gdy ścierali się z separatystami i najemnikami z Rosji – przeważali. Gdy Władimir Putin wprowadził regularne wojska – ulegli. Jeśli Ukraina miała nadzieję na większą pomoc ze strony Zachodu to srodze się zawiodła. Sankcje zostały wprowadzone. A broń? Podobno tak. Podobno, bo wszyscy boją się przyznać do jej sprzedaży. Nikt nie chce narażać się na gniew Kremla. To raz.

Adwa: wielu ludzi na Krymie i na wschodzie odnosiło się z nienawiścią lub z chłodną obojętnością do Ukrainy i jej władz.

Tak do zwycięskiego Majdanu, jak i miejscowych oligarchów – takich jak własnie Taruta i jego konkurent, kolega po oligarchicznym fachu Rinat Achmetow (ten ostatni – mimo, że „płaci pensje” i sponsoruje Szachtara, został wiosną bezwzględnie wypędzony sprzed budynku rady obwodowej zajętego przez rebelię).

Ludzie tych z Kijowa mieli za faszystów i banderowców, tych miejscowych za zwykłych złodziei.

Skoro nie było jak walczyć trzeba było się dogadać – dać autonomię, zapisać prawo do nieskrępowanego używania języka rosyjskiego, zgodzić się na istnienie „ludowych milicji”.

Zapisane w ustawie „trzy lata” dają nadzieję, że uda się przywrócić integralność terytorialną. Kupić sobie czas, żeby odbudować armię. Zaoferować wschodowi programy socjalne. Próbować udowodnić, że Kijów i Europa to lepsze wyjście niż Moskwa.

Ale to także potworne niebezpieczeństwo, że zajęte przez Rosjan części obwodów donieckiego i ługańskiego nie zmienią się w coś na kształt Naddniestrza. A zawieszenie broni, nie skończy się tym, czym skończyło się po wojnie rosyjsko – gruzińskiej, trwałą utratą części kraju. Kreml to ostatnia instytucja, której można wierzyć.

Trzeci wariant jest taki, że zawieszeni broni nie przetrwa próby czasu  zmieni się w kolejną odsłonę próby sił.

Rodzi się ciekawe pytanie: Czy nie można było pójść na ustępstwa wobec Wschodu kilka miesięcy wcześniej? Zaproponować i autonomię, i rosyjski, i co tylko się dało – w chwili, gdy rebelia tylko kiełkowała. Być może wówczas obywatele pytaliby najemników w maskach: „O co wam chodzi? Po co biegacie tu z bronią, skoro Kijów zgadza się na wszystko oprócz przyłączenia do Rosji?”.

Tyle, że wówczas słowo federalizacja wywoływało spazmy gniewu w Kijowie. To zawsze mnie dziwiło – bo federalizacja to pojęcie pojemne. Na przykład Rosja jest federacją, co nie zmienia faktu, że jest rządzona centralnie i jednoosobowa. A decentralizacji Ukraina – jeśli chce być demokratyczna i tak nie uniknie.

Nie należało więc iść na ustępstwa wcześniej? Spytałem o to wczoraj Pawła Kowala, który był moim gościem w radiowej „Dwójce”

– Sam mam takie myśli – mówił – Skoro nie miało się zasobów by walczyć, może trzeba było pójść na ustępstwa wcześniej.

http://www.polskieradio.pl/8/3660/Artykul/1234963,Pawel-Kowal-Poroszenko-musi-wygrac-albo-wszystko-straci

I jeszcze dwie wypowiedzi Kowala  (który jest zresztą zaprzyjaźniony z Poroszenką):

„Scenariusz, który wydawał się kilka miesięcy temu najgorszy, czyli zamrożony konflikt na Ukrainie wydaje się dziś dla Poroszenki korzystny. Musi zagrać na czas, maksymalistycznie zgodzić się żądania rebelii”.

„Ustawy prowadzą Poroszenkę w jednym kierunku. Musi albo wygrać albo wszystko straci”.

A to „wszystko straci” może wyglądać tak, że następnym razem demonstranci przed parlamentem zapolują na Poroszenkę, a nie na nieważnego Żurawskiego.

Jak zauważył Kowal jeśli Poroszence się nie uda „ci, co wrzucili posła Żurawskiego do kubła, wrócą. I będzie ich więcej”.

Paweł Reszka

 

 

Rosjan nie obsługujemy

Rosjan nie obsługujemy – to napis dzięki, któremu sławę zdobyła sopocka knajpa „Piaskownica”. Ma być to protest przeciwko wojnie, którą Rosja prowadzi we wschodniej Ukrainie: – Nie mogę się zgodzić z mordowaniem niewinnych ludzi – mówi dziennikarzom właściciel tej „Piaskownicy”.

Napis podoba się bardzo dziennikarzowi, pisarzowi, obieżyświatowi panu Wojciechowi Cejrowskiemu – który knajpę chwali. Ja mam inny pogląd i w takiej „Piaskownicy” bawić nie mam ochoty.

Natomiast, kiedy do Polski przyjedzie Borys Akunin – wybitny rosyjski pisarz, który w proteście przeciwko polityce Putina właśnie Rosję opuścił, polecę mu „Piaskownicę” odwiedzić.

Odnajdzie tam swojski klimat – będzie musiał powiedzieć właścicielowi, że tak naprawdę nazywa się Grigorij Szałwowicz Czchartiszwili i jest etnicznym Gruzinem. Wówczas właściciel (jeśli uwierzy) poda wędzoną rybę i setę. Jak nie uwierzy Akunin dostanie zamiast lufy łopatką w łeb, bo w takich piaskownicach to normalne.

Klimat będzie swojski, bo gdy Akunin zaczął wyrzekać na Putina, w Moskwie też ciągle słyszał, że nazywa się Czchartiszwili. Przypominała mu o tym milicja, służby podatkowe, inspekcje sanitarne i straż pożarna. Wszyscy rzuceni na ważny odcinek niszczenia pisarza.

Gdyby do Polski wybrali się Siergiej Kowaliow, Ludmiła Alesiejewa, Andriej Lipski z Nowej Gazety, Aleksander Gurianow z Memoriału, Andriej Makarewicz z rockowego zespołu Maszyna Wremieni, ARKADIJ Babczenko – niezależny dziennikarz, któremu na ścianach domu rosyjscy patrioci piszą „zdrajca”, też należy im zaproponować wyszynk w „Piaskownicy”. Nie wiem jak u nich z pochodzeniem etnicznym, ale boję się, że setki pewnie w lokalu nie wypiją. Będą mogli za to rozpalić w kominku jakimś dziełem Puszkina albo Dostojewskiego, bo Puszkin i Dostojewski też trzymali z reżimem.

Niech poczują, co znaczy zbiorowa odpowiedzialność.

W Rosji – nie zgadzać się z Putinem – to duża odwaga. Państwo takich nie lubi, zaś większość społeczeństwa ogarnęło imperialne uniesienie. Z badań wynika, że tylko nieco ponad 7 procent Rosjan nie zgadza się z tym co kremlowska ekipa robiła na Krymie i robi dziś we Wschodniej Ukrainie.

Dużo to, czy mało? Mój kolega Michał Broniatowski, gdy o tym rozmawialiśmy oświadczył:

– Nie wiem czy to dużo, czy mało, ale wychodzi na to, że to gdzieś około 10 milionów obywateli RF.

Przed wojną w Warszawie działała Cafe Swann, która na drzwiach miała napisane „Lokal aryjski”. Dziś mamy „Piaskownicę”, która uznaje, że każdy Rosjanin jest Putinem albo jego wyznawcą.

Rzadko wracam pamięcią do wydarzenia sprzed 9 lat, ale dziś chyba powinienem.

W sierpniu 2004 roku weseli chłopcy Władimira Władimirowicza, w podziemnym przejściu pod Prospektem Kutuzowa w Moskwie skatowali mnie jak psa. (w sieci znalazłem nawet starą fotografię)

Moskwa 2004Był to odwet za pobicie przez warszawską chuliganerię dzieci rosyjskich dyplomatów. Putin wydał rozkaz by skandal spotkał się z właściwą odpowiedzią. Co zinterpretowano jako zachętę to wyrównania rachunków.

Najpierw bili polskich dyplomatów, a jak ich zabrakło to przetrzepali skórę dziennikarzowi. I tak bilans się wyzerował.

Dzięki pobiciu stałem się sławny i miałem się jak pączek w maśle. Stefan Meller, ówczesny ambasador RP w Moskwie, przydzielił mi do towarzystwa młodego konsula, który czuwał przy szpitalnym łóżku.

Konsul opowiadał mi zabawne anegdoty. A ja śmiałem się przez łzy – obili mnie tak chytrze (nie tylko po głowie, ale i po żebrach), że gdy wybuchałem śmiechem, jednocześnie zwijałem się z bólu.

Mnóstwo Rosjan pisało do mnie wówczas listy z przeprosinami za zachowanie putino – pałkarzy, a tysiące usiłowały się do mnie dodzwonić. Nie dało rady rozmawiać ze wszystkimi, więc wyciszyłem telefon.

Nagle konsul odebrał swoją komórkę, a następnie założył marynarkę i stanął na baczność:

– Prezydent Aleksander Kwaśniewski nie może się do ciebie dodzwonić. Kazał przekazać, że życzy szybkiego powrotu do zdrowia!

Znowu poczułem ból w okolicach żeber.

Przerażało mnie tylko jedno – że ktoś w Polsce wpadnie na pomysł, żeby zemścić się za zemstę. Świetny pisarz, znawca Polski Wiktor Jerofiejew – z którym rozmawiałem niedługo przed pobiciem – miał podobne uczucia.

– Byłoby straszne, gdyby Polak spacerujący po Moskwie albo Rosjanin spacerujący po Warszawie musiał z niepokojem oglądać się za siebie – mówił mi.

Każdy ma swój gust i swoją wrażliwość. Mnie sopocka „Piaskownica” zalatuje kuwetą.

Paweł Reszka