Archiwa tagu: Poroszenko

Poroszenko na śmietniku

Ukraiński poseł Witalij Żurawski na śmietniku wyglądał godnie. W rękach ściskał dyplomatkę i powtarzał grobowym głosem: „Jesteśmy w pracy!”.

Pewnie, że w pracy! Śmieciowy kontener przywieziono przed same drzwi parlamentu, a Żurawski pracuje właśnie w parlamencie. Za co demonstranci wrzucili go do śmietnika? Pewności nie ma. Ale krzyczeli, że Żurawski to:

1. pederasta

2. przez takich jak Żurawski „leje się krew

3. oraz, że „Sława Ukrainie”, co już się Żurawskiego nie tyczyło.

Z początku, tak jak znajomi z Ukrainy, byłem przekonany, że tłum miał pretensję o ustawy amnestionujące separatystów i dające autonomię Wschodowi. Ale, dziś czytam, że mogło pójść o przeprowadzenie lustracji. To strasznie durne, bo akurat Żurawski, był za lustracją.

Może Żurawski dostał za to, że jest postacią mętną, farbowanym lisem? Za Wiktora Janukowycza był w Partii Regionów i wymyślał ustawy kneblujące dziennikarzy. A teraz lustruje. Nauczono więc go, że demokracja to rządy ludu  – w tym przypadku ludu uzbrojonego w kontener na śmieci.

Moim zdaniem wcale nie jest wykluczone, że tłuszcza dla rozrywki chciała kogoś wyrzucić na śmietnik. Takiego, co nosi marynarkę, lakierki i immunitet poselski. A Żurawski odpowiadał rysopisowi.

W każdym razie ubaw był po pachy. Śmieciowy film zrobił karierę w Internecie. Z satysfakcją pokazywała go rosyjska telewizja, oglądana masowo na wschodzie Ukrainy. Żurawski załapał się nawet do CNN – o czym wcześniej mógł tylko pomarzyć.

To się działo na śmietniku. A w Radzie Najwyższej? Tu prezydent Petro Poroszenko dwoił się i troił by przepchnąć ustawy, które radykalnie zmieniają sytuację na Ukrainie.

Podczas zamkniętego dla opinii publicznej posiedzenia przyjęto (wspomniane już) prawo o amnestii dla separatystów oraz prawo gwarantujące szeroką autonomię regionom na wschodzie przez najbliższe trzy lata.

Te ustawy – trzeba otwarcie powiedzieć – to wywieszenie białej flagi. Przyznanie się do tego, że wojna albo pierwsza jej część została przegrana. Stąd podniosły się głosy, że wszystko to pachnie zdradą.

Szczególnie dramatycznie zabrzmiała wypowiedź multimilionera Serhija Taruty: „Za co ginęli nasi chłopcy?”, pytał. Taruta to właściciel wielkiego biznesu w Donbasie. Taruta został wyznaczony przez Majdan na gubernatora. Ale choć wyrósł w Zagłębiu Donieckim, zrobił tu majątek, kupił sobie klub piłkarski, nie potrafił zrobić nic, by powstrzymać rebelię.

Dziś Taruta jest jak dawne królewięta bez ziemi. Załamuje ręce i nad chłopcami i nad biznesem, który traci.

Niezależnie od żalu magnata finansowego, prawda jest brutalna. Ukrainie nie starczyło sił, by wygrać wojnę. Gdy ścierali się z separatystami i najemnikami z Rosji – przeważali. Gdy Władimir Putin wprowadził regularne wojska – ulegli. Jeśli Ukraina miała nadzieję na większą pomoc ze strony Zachodu to srodze się zawiodła. Sankcje zostały wprowadzone. A broń? Podobno tak. Podobno, bo wszyscy boją się przyznać do jej sprzedaży. Nikt nie chce narażać się na gniew Kremla. To raz.

Adwa: wielu ludzi na Krymie i na wschodzie odnosiło się z nienawiścią lub z chłodną obojętnością do Ukrainy i jej władz.

Tak do zwycięskiego Majdanu, jak i miejscowych oligarchów – takich jak własnie Taruta i jego konkurent, kolega po oligarchicznym fachu Rinat Achmetow (ten ostatni – mimo, że „płaci pensje” i sponsoruje Szachtara, został wiosną bezwzględnie wypędzony sprzed budynku rady obwodowej zajętego przez rebelię).

Ludzie tych z Kijowa mieli za faszystów i banderowców, tych miejscowych za zwykłych złodziei.

Skoro nie było jak walczyć trzeba było się dogadać – dać autonomię, zapisać prawo do nieskrępowanego używania języka rosyjskiego, zgodzić się na istnienie „ludowych milicji”.

Zapisane w ustawie „trzy lata” dają nadzieję, że uda się przywrócić integralność terytorialną. Kupić sobie czas, żeby odbudować armię. Zaoferować wschodowi programy socjalne. Próbować udowodnić, że Kijów i Europa to lepsze wyjście niż Moskwa.

Ale to także potworne niebezpieczeństwo, że zajęte przez Rosjan części obwodów donieckiego i ługańskiego nie zmienią się w coś na kształt Naddniestrza. A zawieszenie broni, nie skończy się tym, czym skończyło się po wojnie rosyjsko – gruzińskiej, trwałą utratą części kraju. Kreml to ostatnia instytucja, której można wierzyć.

Trzeci wariant jest taki, że zawieszeni broni nie przetrwa próby czasu  zmieni się w kolejną odsłonę próby sił.

Rodzi się ciekawe pytanie: Czy nie można było pójść na ustępstwa wobec Wschodu kilka miesięcy wcześniej? Zaproponować i autonomię, i rosyjski, i co tylko się dało – w chwili, gdy rebelia tylko kiełkowała. Być może wówczas obywatele pytaliby najemników w maskach: „O co wam chodzi? Po co biegacie tu z bronią, skoro Kijów zgadza się na wszystko oprócz przyłączenia do Rosji?”.

Tyle, że wówczas słowo federalizacja wywoływało spazmy gniewu w Kijowie. To zawsze mnie dziwiło – bo federalizacja to pojęcie pojemne. Na przykład Rosja jest federacją, co nie zmienia faktu, że jest rządzona centralnie i jednoosobowa. A decentralizacji Ukraina – jeśli chce być demokratyczna i tak nie uniknie.

Nie należało więc iść na ustępstwa wcześniej? Spytałem o to wczoraj Pawła Kowala, który był moim gościem w radiowej „Dwójce”

– Sam mam takie myśli – mówił – Skoro nie miało się zasobów by walczyć, może trzeba było pójść na ustępstwa wcześniej.

http://www.polskieradio.pl/8/3660/Artykul/1234963,Pawel-Kowal-Poroszenko-musi-wygrac-albo-wszystko-straci

I jeszcze dwie wypowiedzi Kowala  (który jest zresztą zaprzyjaźniony z Poroszenką):

„Scenariusz, który wydawał się kilka miesięcy temu najgorszy, czyli zamrożony konflikt na Ukrainie wydaje się dziś dla Poroszenki korzystny. Musi zagrać na czas, maksymalistycznie zgodzić się żądania rebelii”.

„Ustawy prowadzą Poroszenkę w jednym kierunku. Musi albo wygrać albo wszystko straci”.

A to „wszystko straci” może wyglądać tak, że następnym razem demonstranci przed parlamentem zapolują na Poroszenkę, a nie na nieważnego Żurawskiego.

Jak zauważył Kowal jeśli Poroszence się nie uda „ci, co wrzucili posła Żurawskiego do kubła, wrócą. I będzie ich więcej”.

Paweł Reszka

 

 

Koncepcja Poroszenki

Majdan 1228Petro Poroszenko przedstawił podczas mowy inauguracyjnej plan dla wschodniej Ukrainy. Nowy prezydent proponuje szybkie wybory municypalne. Do tego amnestię dla separatystów, a nawet bezpieczny korytarz dla rosyjskich najemników, którzy chcieliby opuścić Ukrainę.

Zarysy planu P.P. przedstawił już w Warszawie, ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach.

Mowa inauguracyjna była skonstruowana zgrabnie. Po pierwsze Poroszenko chciał wschodniej Ukrainie opowiedzieć, kto jest jej prawdziwym przeciwnikiem i sprawcą nieszczęść.

Przeciwnik to separatyści:
– Nasi drodzy bracia i siostry, rodacy – mówił przechodząc z ukraińskiego na rosyjski – Wielu z was na własnej skórze odczuło „uroki” władzy terrorystów.

Separatyści faktycznie słabo panują nad porządkiem w kontrolowanych przez siebie regionach.
Częste są rabunki, porwania dla okupu, okradanie całych firm. W niektórych miejscowościach – na przykład – sklepy jubilerskie zostały już dawno zamknięte, a towar wywieziony, przez właścicieli obawiających się grabieży. Widać prezydent liczy, że obywatele powoli mają dosyć takiego stanu rzeczy, niezależnie od tego jak bardzo nie lubią władzy w Kijowie.

Sprawca nieszczęść to Wiktor Janukowycz:

„sprzedał Donbas, a rabował go w jeszcze większy stopniu niż resztę kraju. Obwodem Donieckim rządził wszak przez 17 lat”.

To ciekawy ruch, bowiem wschodnia Ukraina tradycyjnie głosowała na pochodzącego z tych stron Janukowycza albo jego Partię Regionów. Nie było to jednak poparcie wynikające z miłości, ale raczej ze strachu lub w kontrze do „pomarańczowej”, „banderowskiej” części kraju.
Ludzie dokładnie widzieli, co Janukowycz i jego klan wyrabiają na ich terenie i w reszcie kraju. W dodatku patrzyli na jego wstydliwą ucieczkę do Rosji, po zwycięstwie Majdanu. Na Wschodzie przyjęto to jako akt tchórzostwa.
(Dla porządku: oligarchiczny system Janukowycza w założeniach nie różnił się od tego co działo się w czasach Kuczmy, Juszczenki, czy Tymoszenko. No może tym, że w ostatnich miesiącach rządów Janukowycza korupcja i złodziejstwo były wyjątkowo bezwstydne).
Dziś Poroszenko zdaje się mówić: „Jeśli wystawiacie Kijowowi rachunki za ostatnie 20 lat, to pamiętajcie, że większość czasu w Doniecku rządził ‘wasz’ człowiek. Ja chcę żeby było inaczej. Zaufajcie mi”.

Zaufajcie i co dalej?

Prezydent po pierwsze chce by na wschodzie przestała się lać krew. Jego zapowiedzi – wzmocnienia armii, policji, gwardii narodowej – świadczą, że nie ma zamiaru hamować operacji antyterrorystycznej.

Sądzę, że mimo słów, które padły w Paryżu podczas wymiany zdań z Putinem (mówiono o konieczności zakończenia walk) P.P. będzie chciał pokazać, że ma siły i środki do tego by bezwzględnie zabijać rebeliantów.

W jednej ręce prezydent trzyma kij, a w drugiej marchewkę. Marchewka to amnestia dla wszystkich, którzy nie mają krwi na rękach i nie finansowali „terrorystów”.

A co z innymi? Przecież to ci inni – postawieni pod ścianą – będą walczyli jak lwy. I nas to jest sposób. Poroszenko proponuje „bezpieczny korytarz”. Formalnie dla „rosyjskich dywersantów”, w praktyce dla wszystkich.
Sens jest prosty: „Panowie jeśli zabijaliście uciekajcie, to lepsze niż podróż w czarnym worku”.

Gdy strzały umilkną ze Wschodem trzeba będzie się jakoś dogadać. I tu pojawia się wielki problem, bo gadać nie ma z kim.

Separatyści nie są partnerem z dwóch powodów.
P.P. nie może usiąść z nimi do stołu, bo ma ich za terrorystów. Rozmowa z nimi oznaczałaby wściekłość reszty kraju – to raz. A dwa, że separatyści nie mają sensownych przywódców, spójnych programów. W dodatku nikt ich do niczego nie wybierał – słowem rozmowa byłaby bez sensu.

Logiczne byłoby dogadanie się z lokalnymi władzami, ale te także są w rozsypce. Tu przecież tradycyjnie rządziła Partia Regionów, która się skompromitowała i podzieliła.
Stąd pomysł na szybkie wybory lokalne na Wschodzie:
„Wybierzcie sobie, kogo chcecie i jakoś się dogadamy”.

Dogadamy się? A co obiecuje Poroszenko?

1. Decentralizację władzy – to odpowiedź na żądanie federalizacji Ukrainy. Federalizacji nie będzie, ale więcej władzy i więcej pieniędzy zostanie w regionach.
Ma to być przeprowadzone na wzór polski. Tu widzę rękę Pawła Kowala, który w weekendowej Gazecie Wyborczej napisał: „zamiast proponowania Ukraińcom zainstalowania sobie okrągłego stołu z polskich wynalazków dużo lepsza byłaby ustawa gminna z 1990 r.”
Uważam, że nie jest to przypadek – Kowal zna Poroszenkę, koleguje się z nim i pewnie podpowiada mu pożyteczne rozwiązania.

2. Gwarancje dla nieskrępowanego używania języka rosyjskiego na Wschodzie. Poroszenko zastrzegł, że nadal obowiązuje art. 10 Konstytucji: „ukraiński jest jedynym państwowym”. Ale jednocześnie w orędziu zrobił sporo gestów, by Wschód uwierzył, że rosyjski nie będzie dyskryminowany. Nareszcie! Wojna językowa przynosiła Ukrainie tylko straty i dostarczała paliwa separatystom. A i tak od początku było wiadomo, że odchodzenie od rosyjskiego na wschodzie to projekt powolny, ewolucyjny. Na pewno nie da się sprawy załatwić ukazami, mandatami. Tego ostatniego oczywiście nikt tego nie robił, ale namiętności kipiały. Poroszenko chce je uspokoić.

3. Szacunek dla specyfiki regionów. Prawa lokalnej społeczności do własnej pamięci historycznej, własnego panteonu bohaterów, czy tradycji religijnych. Znów Poroszenko leje olej na wzburzone fale. Mówi Wschodowi: „Spokojnie, nikt nie będzie niszczył pomników Lenina, nikt nie będzie stawiał pomników Bandery. Nie będzie się mówiło, że Armia Czerwona to zdrajcy, a UPA to bohaterowie. Każdy będzie mógł czcić kogo sobie chce”.
No cóż taka już jest ta Ukraina: bez wspólnej historii i bohaterów. P.P. przekonuje, że mimo wszystko da się żyć w jednym domu.

4. Dalej są już tylko sprawy „rytualne” . Obietnice inwestycji, miejsc pracy i normalności.

Jak podsumować „wschodnią” część orędzia Poroszenki?
Ja zrozumiałem, że Poroszenko mówi: „Pogadajmy!”. Chce rozmowy niemal o wszystkim. Poza dyskusją pozostawił trzy rzeczy: przynależność Krymu do Ukrainy, kierunek na integrację z Europą i ustrój państwa (państwo unitarne, nie federalne).

Od tego, czy Wschód zacznie go słuchać zależy sukces albo porażka nowego prezydenta.

Paweł Reszka

ps. Na fotografii proukraińska demonstracja przed pomnikiem Szewczenki w Symferopolu w lutym 2014 r. Dziś jedynak ukraińska flaga na Krymie wisi na siedzibie Medżlisu.

Nadzieja dla Ukrainy

Petro Poroszenko wygrał w pierwszej turze i to jest dobra wiadomość dla Ukrainy.

Ukraińcy mają nareszcie głowę państwa, która ma legalny, pochodzący z powszechnych wyborów, mandat. Nie będzie drugiej tury – a więc i groźby rozlewu krwi, zrywania elekcji przez separatystów.

Poroszenko to polityk doświadczony, śmiały i sprytny. Miałem okazję obserwować go w ostatnich tygodniach. Podzielę się dwoma wrażeniami.

21 lutego widziałem jak chytrze trzyma się z boku. Liderzy opozycji właśnie podpisali porozumienie z Wiktorem Janukowyczem.

Dawało ono czas ówczesnemu prezydentowi na zebranie sił i ponowne skonsolidowanie obozu władzy. W zamian W.J. obiecał, że nie będzie używał siły. Po podpisaniu dokumentu Witalij Kliczko i Arsenij Jaceniuk uścisnęli dłoń Janukowycza.

Wieczorem na Majdanie rozpętało się piekło. Kliczko i Jaceniuk zostali wygwizdani. W tym czasie telewizyjny Kanał 5 – własność Poroszenki transmitował program, który składał się z dwóch obrazków. Pierwszy to trumny zabitych przez siły specjalne demonstrantów niesione przez plac na ramionach ludzi. Drugi to zakończenie negocjacji i uścisk dłoni. Poroszenko już wówczas śnił o prezydenturze.

Niedługo potem zobaczyłem Poroszenkę w Symferopolu – zajętym przez rosyjskich „zielonych ludzików” i pospolite ruszenie separatystów.

Wówczas nikt z Kijowa na Krym nie jeździł. Wymagało to wielkiej odwagi. Poroszenko przekonał się o tym osobiście, bo na placu przed lokalnym parlamentem otoczył go tłum – który miał ochotę na lincz.

Szedł w kierunku dworca kolejowego ochraniany przez garstkę policjantów i wściekłą tłuszczę. Zaimponował spokojem i odwagą – bo śmierć zaglądała mu w oczy.

Przyznam, że wówczas pierwszy raz nieco inaczej spojrzałem na „czekoladowego króla”. Pokazał, że jest kimś więcej niż prozachodnim oligarchą.

Zaraz po ogłoszeniu wyników Poroszenko zaczął mówić o amnestii dla rebeliantów z Doniecka i Ługańska. Wyraził gotowość do rozmówi z Władimirem Putinem.

To znaczy, że jest realistą – wie, że wschodnie regiony w dużej części nie głosowały. Musi robić wszystko, żeby się jakoś dogadać, posklejać rozpadający się kraj. Stać się prezydentem całej Ukrainy, zyskać czas.

Szansę ma – bo wschodni separatyści złapali wyraźna zadyszkę. Nie mają planu co robić dalej. Armia nie była w stanie wypchnąć ich z miast i budynków, które kontrolują. Ale i im brak sił by rozszerzać antyukraiński bunt. Kreml milczy, a ludzie, mieszkańcy wschodu Ukrainy, zaczynają już mieć dość życia w zawieszeniu.

Jak powiedziała mi w piątek znajoma ze Słowiańska zajętego od tygodni przez separatystów:

„Mieszkańcy Słowiańska nie chcą ani Moskwy, ani Kijowa, ani armii, ani partyzantów. Chcą by nareszcie zostawiono ich w spokoju”.

To ewidentny czas na polityczną ofensywę nowego prezydenta.

Paweł Reszka