Archiwa tagu: Rosja

Rosjan nie obsługujemy

Rosjan nie obsługujemy – to napis dzięki, któremu sławę zdobyła sopocka knajpa „Piaskownica”. Ma być to protest przeciwko wojnie, którą Rosja prowadzi we wschodniej Ukrainie: – Nie mogę się zgodzić z mordowaniem niewinnych ludzi – mówi dziennikarzom właściciel tej „Piaskownicy”.

Napis podoba się bardzo dziennikarzowi, pisarzowi, obieżyświatowi panu Wojciechowi Cejrowskiemu – który knajpę chwali. Ja mam inny pogląd i w takiej „Piaskownicy” bawić nie mam ochoty.

Natomiast, kiedy do Polski przyjedzie Borys Akunin – wybitny rosyjski pisarz, który w proteście przeciwko polityce Putina właśnie Rosję opuścił, polecę mu „Piaskownicę” odwiedzić.

Odnajdzie tam swojski klimat – będzie musiał powiedzieć właścicielowi, że tak naprawdę nazywa się Grigorij Szałwowicz Czchartiszwili i jest etnicznym Gruzinem. Wówczas właściciel (jeśli uwierzy) poda wędzoną rybę i setę. Jak nie uwierzy Akunin dostanie zamiast lufy łopatką w łeb, bo w takich piaskownicach to normalne.

Klimat będzie swojski, bo gdy Akunin zaczął wyrzekać na Putina, w Moskwie też ciągle słyszał, że nazywa się Czchartiszwili. Przypominała mu o tym milicja, służby podatkowe, inspekcje sanitarne i straż pożarna. Wszyscy rzuceni na ważny odcinek niszczenia pisarza.

Gdyby do Polski wybrali się Siergiej Kowaliow, Ludmiła Alesiejewa, Andriej Lipski z Nowej Gazety, Aleksander Gurianow z Memoriału, Andriej Makarewicz z rockowego zespołu Maszyna Wremieni, ARKADIJ Babczenko – niezależny dziennikarz, któremu na ścianach domu rosyjscy patrioci piszą „zdrajca”, też należy im zaproponować wyszynk w „Piaskownicy”. Nie wiem jak u nich z pochodzeniem etnicznym, ale boję się, że setki pewnie w lokalu nie wypiją. Będą mogli za to rozpalić w kominku jakimś dziełem Puszkina albo Dostojewskiego, bo Puszkin i Dostojewski też trzymali z reżimem.

Niech poczują, co znaczy zbiorowa odpowiedzialność.

W Rosji – nie zgadzać się z Putinem – to duża odwaga. Państwo takich nie lubi, zaś większość społeczeństwa ogarnęło imperialne uniesienie. Z badań wynika, że tylko nieco ponad 7 procent Rosjan nie zgadza się z tym co kremlowska ekipa robiła na Krymie i robi dziś we Wschodniej Ukrainie.

Dużo to, czy mało? Mój kolega Michał Broniatowski, gdy o tym rozmawialiśmy oświadczył:

– Nie wiem czy to dużo, czy mało, ale wychodzi na to, że to gdzieś około 10 milionów obywateli RF.

Przed wojną w Warszawie działała Cafe Swann, która na drzwiach miała napisane „Lokal aryjski”. Dziś mamy „Piaskownicę”, która uznaje, że każdy Rosjanin jest Putinem albo jego wyznawcą.

Rzadko wracam pamięcią do wydarzenia sprzed 9 lat, ale dziś chyba powinienem.

W sierpniu 2004 roku weseli chłopcy Władimira Władimirowicza, w podziemnym przejściu pod Prospektem Kutuzowa w Moskwie skatowali mnie jak psa. (w sieci znalazłem nawet starą fotografię)

Moskwa 2004Był to odwet za pobicie przez warszawską chuliganerię dzieci rosyjskich dyplomatów. Putin wydał rozkaz by skandal spotkał się z właściwą odpowiedzią. Co zinterpretowano jako zachętę to wyrównania rachunków.

Najpierw bili polskich dyplomatów, a jak ich zabrakło to przetrzepali skórę dziennikarzowi. I tak bilans się wyzerował.

Dzięki pobiciu stałem się sławny i miałem się jak pączek w maśle. Stefan Meller, ówczesny ambasador RP w Moskwie, przydzielił mi do towarzystwa młodego konsula, który czuwał przy szpitalnym łóżku.

Konsul opowiadał mi zabawne anegdoty. A ja śmiałem się przez łzy – obili mnie tak chytrze (nie tylko po głowie, ale i po żebrach), że gdy wybuchałem śmiechem, jednocześnie zwijałem się z bólu.

Mnóstwo Rosjan pisało do mnie wówczas listy z przeprosinami za zachowanie putino – pałkarzy, a tysiące usiłowały się do mnie dodzwonić. Nie dało rady rozmawiać ze wszystkimi, więc wyciszyłem telefon.

Nagle konsul odebrał swoją komórkę, a następnie założył marynarkę i stanął na baczność:

– Prezydent Aleksander Kwaśniewski nie może się do ciebie dodzwonić. Kazał przekazać, że życzy szybkiego powrotu do zdrowia!

Znowu poczułem ból w okolicach żeber.

Przerażało mnie tylko jedno – że ktoś w Polsce wpadnie na pomysł, żeby zemścić się za zemstę. Świetny pisarz, znawca Polski Wiktor Jerofiejew – z którym rozmawiałem niedługo przed pobiciem – miał podobne uczucia.

– Byłoby straszne, gdyby Polak spacerujący po Moskwie albo Rosjanin spacerujący po Warszawie musiał z niepokojem oglądać się za siebie – mówił mi.

Każdy ma swój gust i swoją wrażliwość. Mnie sopocka „Piaskownica” zalatuje kuwetą.

Paweł Reszka

NATO opłaci Ukrainie 10 godzin walki

Generał Waldemar Skrzypczak zna się na wojnie. Zapytałem, więc czy 15 milionów euro, które NATO zaoferowało Ukrainie na wzmocnienie armii to dużo, czy mało.

– Na froncie ukraińsko – rosyjskim wystarczy to na 10 godzin walki z użyciem wszystkich środków. Amunicja jest przecież droga – odpowiedział.

Słynna „szpica” to zdaniem generała coś w rodzaju zwiadu i ubezpieczenia – a nie siła zdolna powstrzymać agresywnego przeciwnika.

(Cała rozmowa, którą przeprowadziłem w radiowej „Dwójce” do znalezienia i odsłuchania pod adresem http://www.polskieradio.pl/8/3660/Artykul/1226070,Wojna-tuz-za-miedza)

Politycy zachwycają się sukcesem szczytu w Newport.

A znany malkontent Jerzy Haszczyński (szef działu zagranicznego „Rzeczpospolitej”, mądry dziennikarz, mój przyjaciel) podsumował wydarzenie dowcipną frazą „Trzy razy Sz – szpica, Szczecin, szczyt w Warszawie” (http://www.rp.pl/artykul/9158,1138906-Jerzy-Haszczynski-o-szczycie-NATO-w-Newport.html)

No, ale on jest malkontentem. To nas zresztą do siebie zbliża. Więc dorzucę swoją uwagę.

Dawno, dawno temu Gruzinom zechciało się do NATO. W marcu 2008 roku przyjechali na szczyt do Bukaresztu, żeby dostać MAP (Membership Action Plan) co jest ostatnim schodkiem przed uzyskaniem członkostwa w Sojuszu.

Ale NATO odesłało Gruzinów z kwitkiem do domu. Mimo klęski politycy (także polscy L. Kaczyński i R. Sikorski) otrąbili sukces. Po pięciu miesiącach wybuchała wojna między Rosją, a Gruzją. Gruzini sromotnie przegrali, a Rosja uznała o Osetię i Abchazję za oddzielne państwa.

A Gruzini? Ciągle jeżdżą na szczyty NATO.

A NATO? Grozi paluszkiem Rosji i wzywa, by przestała uznawać Osetię i Abchazję. Gdy jednak Gruzini pytają o MAP Sojusz odwraca się na pięcie albo proponuje jakieś zastępcze pakiety. I tak trwa to szósty rok.

Coś się jednak zmieniło. W Newport NATO wezwało Rosję nie tylko do wycofania się Abchazji i Osetii, ale i z Krymu. Jeśli progresja się utrzyma warszawski szczyt NATO wezwie Putina, żeby wycofał się ze wschodniej Ukrainy.

No chyba, że szczyt nie będzie mógł się odbyć w Warszawie.

Paweł Reszka

 

 

 

Przypadek

(niedawny felieton dla TP)

Hotel był brudny i biedny. W mieście na dalekich kresach Imperium czuliśmy jak bardzo nas nienawidzą. Ta nienawiść była skryta za uśmiechami i uprzejmością. Ale oczy tutejszych stale pytały: „Czego tu chcecie? Po co przyjeżdżacie?”.

Jego nienawidzili za to, że był Rosjaninem. Mnie nienawidzili, bo myśleli, że jestem Rosjaninem. Może to nas połączyło?

Siedzieliśmy na łóżkach w jego pokoju. Na szafce dwie szklanki, dwie butelki wódki i czekolada. On mimo dojrzałego wieku miał ciągle ładną, chłopięcą twarz.

Z portfela wyciągnął zdjęcia dzieci.

– Śliczne – powiedziałem. Rzeczywiście wzbudzały zachwyt. Małe, jasnowłose kruszynki. Archetyp słowiańskiego piękna. Nie pasowały do tego brudu, wódki i naszych śmierdzących oddechów. Miałem go zapytać co robi tym miejscu. Dlaczego nie siedzi w wygodnym moskiewskim mieszkaniu, nie cieszy się rodzinnym szczęściem. Ale uprzedził mnie:

– Czy myślisz, że życiem rządzi przypadek? Los?

Odpowiedziałem żartem, cytując niewielkie opowiadanie Tołstoja. Pięknie nakreśliłem postać zakochanego Iwana Wasiliewicza, który przez cały bal nie chce wypuść z ramion cudownej Warieńki. Tańczą walce, kadryle. Tylko raz oddaje swoją ukochaną, na jednego mazura, jej władczemu ojcu. Dostojnemu pułkownikowi z dobrze przystrzyżonymi bokobrodami, ubranemu z paradny mundur. Iwan Wasiliewicz patrzy na taniec. Widzi jak córka i ojciec są piękni. Jak do siebie podobni. Kocha już nie tylko ją, ale ich oboje. „Po balu”, już nad ranem, idzie na przechadzkę po zasypanym śniegiem mieście. Nogi same niosą pod dom ukochanej. Tam słyszy inną muzykę. Napawającą lekiem, przywodzącą na myśl śmierć. Straszliwą. Idzie oddział żołnierzy. Biją bębny, gra flet. Między żołnierzami zbieg, dezerter. W rytm bębnów wojacy katują go pałkami.

Tata Warieńki dowodzi egzekucją. Pułkownik pilnuje, żeby wszyscy bili mocno, bez litości.

Spojrzenia przecinają się na jedną chwilę. Iwan Wasiliewicz wie, że od tej pory kiedy będzie patrzył na Warię, wspomni mu się ta scena. Zrządzenie losu, w okamgnieniu, zabiło wielkie uczucie.

– A więc, mój drogi, przypadek rządzi życiem. Tak pisał wasz wielki klasyk – roześmiałem się.

A mój towarzysz nie śmiał się. Może przeszkadzało mu, że streściłem Tołstoja z radosną dezynwolturą i że bez żadnych wątpliwości wziąłem stronę Iwana Wasiliewicza?

– Przecież bandytów i dezerterów trzeba karać. Na wojnie nie ma miejsca na szlachetność. Szlachetni romantycy wojny przegrywają – mówił – Czasem wyobrażam sobie jak wyglądały nasze szturmy Warszawy. Miasto jest otoczone przez ciężkie działa i zaprawioną w bojach piechotę. Nie ma już dla was żadnej nadziei. I wtedy w szaleńczym porywie rzucacie się na nasze szańce. Figurki żołnierzy widać coraz wyraźniej. Nasi oficerowie podnoszą się zwolna, przyciskają lornetki do oczu:

„Ależ oni atakują!”,

„Niemożliwe!”,

„A jednak!”,

„Jacy piękni!”,

„Dzielne wojsko”.

Wszyscy w zachwycie czekają słowa dowódcy, który w końcu powie:

„No, panowie oficerowie dość tego widowiska”.

– I wydane zostaną suche rozkazy. Malowani żołnierze zginą za chwilę. Niektórzy z naszych oficerów, będą płakali. Mogę ci przysiąc, że i ja bym płakał – mówił jakby w gorączce.

– A potem? – zapytałem.

– Potem będziemy mieli wasze miasto, wasze domy i wasze kobiety. Bo na tym polega wojna.

Nie wiedziałem co powiedzieć. Nie mogłem się na niego gniewać, bo przecież powiedział szczerze, uchylił mi kawałek swojej duszy.

– Na wojnie nie ma miejsca na szlachetność – powtórzył.

– Skąd o tym możesz wiedzieć?

– Widzisz tamtego bili pałkami. W moich czasach biło się wyciorami. Służyłem w armii, gdy upadał Związek Radziecki. Wówczas każda kradzież, dezercja, niegodziwość uchodziła bez kary. Nie było przecież państwa, któremu składaliśmy przysięgę. Szeregowiec Uzbek zgwałcił i udusił młodą dziewczynę. Oddać go prokuratorowi? Sądowi? Bez sensu. Wypuszczą za drobną łapówkę. A my byliśmy przecież oficerami, honor nam nie pozwalał.

– A więc?

– Biliśmy go wyciorami to utraty tchu. Ty tylko czytasz u Tołstoja o plecach zmienionych w krwawą miazgę. Ja sam zmieniałem plecy człowieka w krwawą miazgę. Biłem, aż zabiłem. Dlatego nigdy nie każ mi stawać po stronie Iwana Wasiliewicza.

„Nie jest wykluczone, że Polacy wiedzą o Rosjanach to, co Rosjanie wiedzą o sobie samych, nie chcąc się do tego przyznać, i odwrotnie”, tak pisał Czesław Miłosz. Jednakże tej nocy wszystko o czym zazwyczaj milczymy zostało powiedziane. Może niepotrzebnie i zbyt pochopnie.

Już świtało. Obaj widzieliśmy, że widzimy się ostatni raz. Że nigdy nie odwiedzę go w Moskwie i nie pogłaszczę po głowach jego jasnowłosych dzieci. Zawsze wówczas w oczach stawałby mi bity wyciorami na śmierć Uzbek.

Taki przypadek.

Paweł Reszka

Serca z lodu

(felieton dla TP)

Zanim ruszyłem do Kijowa, byłem na premierze „Lodu” według Władimira Sorokina w Teatrze Narodowym.

Dziwne przeżycie. Inscenizacja bardzo ascetyczna. Tak samo gra aktorów. Nie dlatego, że inaczej nie potrafią, a dlatego że tak chciał reżyser.

Mimo to plastycznie widziałem Moskwę. Tak już mam, że jak ktoś wypowie „Worobiowe Gory”, to zaraz jestem u stóp uniwersytetu. Usłyszę „Strogino” i w myślach maszeruję w kąpielówkach przez Serebrianyj Bor. Kiedy aktorzy metalicznie wypowiadali kwestie, ja widziałem żywych ludzi: zagubionych studentów, drobnych bandytów, dziwki, bogatych biznesmenów. Przecież znałem ich wszystkich.

Postaci są opowiedziane dialogami. Mówią niby do siebie, ale przecież mówią o sobie. Łączy ich jedno – wszyscy klną. Szewski język wzbudzał śmiech na sali. A mnie nie śmieszył – Moskwa tak mówi. Czy cham, zbir, bogacz – klną wszyscy, choć każdy po swojemu. Nie tylko więc zobaczyłem, ale usłyszałem zwyczajną Moskwę.

Przyznam: nie uśmiechnąłem się ani razu, choć sztuka trwała dwie godziny i czterdzieści pięć minut, a z natury jestem pogodny. Książka Sorokina jest przygnębiająca. Jak dla mnie wcale nie opowiada o Moskwie, Rosji, totalitaryzmie, komunizmie, faszyzmie. Podkreślam, że dla mnie, bo nie chcę zgadywać, co autor miał na myśli.

Dla mnie to zwykła, bardzo smutna opowieść o sercach z lodu. Dlaczego? Proszę.

W książce jest wstrząsający fragment rozmowy bogatego cynicznego biznesmena ze swoim przyjacielem bankierem. Biznesmen opowiada, jak nieznani sprawcy walili go lodowym młotem w mostek. Jak rozebrano go do naga, jak nastoletnie dziecko położyło mu rękę na piersi i jak poczuł nagły skurcz w sercu, czyli coś, czego nie czuł nigdy. W tej chwili zrozumiał, że przez lata był nie człowiekiem, a maszyną z mięsa.

Przyjaciel zrewanżował mu się opowieścią o szczurzym gównie, które znalazł w przewodach wentylacyjnych swojego banku. Nie pojął, bo przecież obaj przez całe życie byli cynikami. Cynizm doprowadził ich do pieniędzy i sukcesu.

Rozmowa jest typowa nie tylko dla Moskwy. Spróbujcie opowiedzieć któremuś z przyjaciół o tym, jak drgnęło wasze serce.
Ciekawe, jaka będzie reakcja? Zapytają was, ile lat ma wasza nowa kochanka? Czy się chcecie rozwodzić? Czy trzeba wam pieniędzy? Spojrzą podejrzliwie, czy czasami nie chcecie się wprowadzić do nich na „kilka dni”? A może zwyczajnie ćpacie?

Maszyny do mięsa.

Zastanawiałem się, o co chodzi Sorokinowi.

W piątek napisałem długi tekst, potem felieton, potem krótki tekst. Posłałem to wszystko do redakcji. Potem pobiegłem do radia przygotowywać audycję. Wykonałem kilkanaście telefonów. Napisałem plan. Omówiłem go ze współpracownikami. Audycja była udana.
Zapadła noc, a my zastanawialiśmy się, co przygotujemy na przyszły tydzień. Spojrzałem na zegarek i wybiegłem do samochodu. Musiałem go odśnieżyć.

Kiedy dotarłem do domu, mój mały synek już spał.

– Czekał – opowiadała opiekunka. – Mówił, że tata zaraz przyjdzie z radia. Że obiecał mu. Ale nie wytrzymał. Śpi! Niech się pan nie przejmuje. Jutro mu pan wytłumaczy, on zrozumie…
– Jasne – powiedziałem i przypomniałem sobie, że na rano też jestem już umówiony. Potem muszę znów do radia, potem do teatru, a potem załatwiać bilety do Kijowa.

Do Kijowa trzeba obowiązkowo, tam wojna.

Poszedłem popatrzyć na synka, chociaż przez sen. Oddychał miarowo, ze spokojem.
I zrozumiałem, co to znaczy „maszyna z mięsa”.

Paweł Reszka

Ryba i spasiba

Czytam satyryczną powieść Ilfa i Pietrowa „Dwanaście krzeseł”. Jej bohater, Ostap Bender, to konfabulator tak bezczelny, że pokochała go cała Rosja. Ma nawet pomniki! Sam widziałem jeden – w Eliście, stolicy Kałmucji i światowych szachów.

Bender szachy grać nie potrafił. Co nie przeszkadzało mu podawać się arcymistrza i umawiać w małych miasteczkach symultany. Fakt, że przegrywał ze wszystkimi, nikomu nie przeszkadzał. Zrazu poprawiał okolicznej ludności humor – w końcu nie co dzień zdarza się wygrać z arcymistrzem – a gdy lokalni tytani sześćdziesięciu czterech pól zaczynali domyślać się, o co chodzi – Ostap wraz z pieniędzmi za wpisowe był już daleko.
Na tym polegała metoda. Kiedy Ostap np. zawierał jakąś transakcję i chował do kieszeni fanty, jego handlowy partner przeważnie pytał o zapłatę.
– Jakie pieniądze? Pan, zdaje się, pytał się o jakieś pieniądze? – dziwił się Bender i tłumaczył, że będą, ale jutro.
Zaznaczmy, że Bender nigdy nie był winny. Winne zawsze były okoliczności.

To samo zdarzyło się ostatnio u nas.
Inflacja miała być wyższa, a jest niższa. Deficyt miał być mniejszy, a jest większy. Przychodów spodziewano się dużych, a są niestety małe. Kto zawinił? Kryzys światowy i leniwi członkowie Rady Polityki Pieniężnej: gdyby cięli stopy zamiast zajadać słone paluszki, wszystko byłoby inaczej.
Minister finansów, który pisał budżet, nie przewidział takiego nieodpowiedzialnego zachowania ze strony światowego kryzysu oraz Rady.

A nawet jeśli przewidział? Po co miał dołować ludzi? Gdyby wpisał do ustawy prawdziwe liczby, chodzilibyśmy smutni od zimy, a tak przynajmniej dał nam ponad pół roku oddechu. Za samo to, że dbał o nasz dobry humor, należy mu się pomnik.

A zresztą, co u licha minister finansów ma do finansów? Gdyby pieniędzy było więcej, to byłoby więcej, a jak nie ma, to nie ma.

Mimo złej sytuacji szef resortu tryska optymizmem. Mówi, że nasza gospodarka za chwilę odbije się od dna, oraz że nie ma zamiaru podnosić podatków.

Fatalna wiadomość! Koronny dowód na to, że gospodarka pogrąży się jeszcze bardziej, a podatki będą znacznie wyższe. W końcu prognozy ministra spełniają się dość rzadko.

Scenariusz jest prosty. Najpierw zabiorą nam kasę, którą odkładaliśmy na OFE. Słusznie zresztą – OFE nas okradają, piją naszą krew oraz biorą prowizję. Za tę prowizję dyrektorzy kupują sobie drogie auta i w ubrani w krótkie gatki piją drinki na Bahamach, a to myśmy mieli spędzić na starość Bahamach. Oszukali! Dlatego – lepiej będzie dla wszystkich – jak nasze oszczędności zabierze Jacek Rostowski i wyda na jakiś zbożny cel. Na przykład wsypie do jakiejś dziury budżetowej.
Nie podoba się? Trudno! Zawsze można odkładać kasę w III filarze (resort finansów już myśli, jak się do niego dobrać).
Dziura jest duża i samo OFE nie wystarczy. Więc zapłacimy większe podatki. Dlaczego? Bo tak. Wiem, że Donald Tusk obiecywał, że będzie podatki obniżał. Ale gdy obiecywał, był jeszcze liberałem, a dziś jest – z tego, co czytałem – socjaldemokratą. Ludzie dojrzewają, zmieniają się, trudno do nich mieć pretensję – trzeba płacić.

Będzie więc goło i wesoło! Ale dopiero po wakacjach. Na razie nie należy się przejmować, można za to czytać inny rosyjski utwór satyryczny. Mianowicie bajkę „O strzelcu Fiedocie” autorstwa Leonida Fiłatowa – aktora i genialnego satyryka.

Rzecz dzieje się na wystawnym carskim dworze, gdzie monarcha przyjmuje zagranicznych ambasadorów. Wszyscy zajadają od rana do nocy homary, kalmary, szprotki i płotki.

Problem w tym, że jedynym dostawcą żywności jest strzelec Fiedot, który się słabo wyrabia. Ale co robić! Musi biedak polować, bo inaczej da szyję.

Układ jest prosty:
„Dla cara dzik i ryba
Dla Fiedota: spasiba”.

Utwór dedykuję wszystkim nam, Fiedotom. A także Radzie Polityki Pieniężnej – nieźle namieszaliście Panie, Panowie.

Paweł Reszka

Bazgroły na pożegnanie – zimy oczywiście

Młodzi ludzie bazgrzą po książkach. Nauczyciele biją za to po łapach. Słusznie, bo bazgranie jest przyczyną kłopotów.

Niech no taki bazgracz, jeden z drugim, zostanie na przykład pisarzem. Niech no umrze – co przecież nieuniknione. I niech taki bazgroł się odnajdzie po latach. Kłopot gotowy!

Sztaby teoretyków literatury ślęczą godzinami i łamią sobie głowy: „Co te kulfony znaczą?”, przeklinając nauczyciela, że nie walił linijką skuteczniej.

Przykład? Proszę bardzo! Taki bazgroł: „Nieszczęście zdarzyło się 25.II.31 roku”. Przedostatnia strona, pierwszego tomu książki wydanej w roku 1927 w Paryżu, w dodatku w języku rosyjskim. I co? Właśnie, co? Bądź tu mądry, pisz wiersze.

Dziś na szczęście – dzięki teoretykom literatury – wszystko jest jasne.

Po pierwsze trzeba zaznaczyć, że to nieszczęście zdarzyło się znacznie wcześniej.

On lat 38. Żonaty po raz drugi. Dzieci brak. Były lekarz, były morfinista, pisarz, geniusz. Ona lat 36. Zamężna po raz drugi. Matka dwóch synów. Żona generała armii czerwonej. Kobieta piękna, szczęśliwa, spełniona.

Jest luty 1929 roku. Spotykają się w zapusty, na banalnym blinowym przyjęciu u znajomych. Zakochują się.

To dziwne, bo ludzie „po przejściach” w miłość nie wierzą. Nie działa na nich. Może im chodzić o karierę, o pieniądze, czy seks. Ludzie w ich wieku często miewają kochanków i kochanki. Rzadko kochają się w sobie.

I tak wszyscy już wiedzą, więc pisze dla porządku, że on nazywa się Michaił Afanasjewicz Bułhakow. A ona to generałowa Elena Siergiejewna Szyłowska.

Oczywiście nie przyznają się do niczego. Pewnie każde boi się, że wzbudziłoby tylko śmiech wyznaniem. Bywają u siebie w domach. Szyłowscy u Bułhakowów, Bułhakowowie u Szyłowskich. Robią sobie drobne podarunki. Jeden z nich to właśnie „Dni Turbinów (Biała Gwardia)” powieść wydana w Paryżu. Bułhakow daruje dwa tomy Elenie i oczywiście natychmiast zaczyna po nich bazgrolić!!!

Jeśli ktoś mnie zapyta o zdanie to powiem, że wszystko to jest opisane w XIII rozdziale książki „Mistrz i Małgorzata”.

Pamiętacie? Mistrz siedzi w suterenie, pisze powieść o Piłacie, nasłuchuje dźwięku otwieranej furtki w ogrodzie. Czeka na Małgorzatę. Ta wymyka się z mieszkania co rano, przychodzi do niego, nastawia czajnik, przygotowuje śniadanie, potem czyta.
Zabawne – dorośli ludzie bawią się w dom. Gdy słońce zachodzi, Małgorzata wymyka się z sutereny. Musi wracać do męża.

Nie całują się, nie obejmują, tylko siedzą w suterenie – od rana do wieczora, od wiosny do późnej jesieni. Jakby dbając, by nie popełnić zdrady, czy tego co za zdradę się przyjmuje.

Uwierzycie, że suterena istnieje do dzisiaj? Jest w starym, parterowym, drewnianym moskiewskim domu, przy Mansurowskim Zaułku 9 (do obejrzenia w google maps – Россия, город Москва, Москва, переулок Мансуровский 9).

Byłem tam kiedyś – brama zamknięta na głucho. Na podwórze – żeby spojrzeć w okno Mistrza wejść nie dałem rady. Sądząc po tym, jakie rezydencje wybudowano już wokoło – dom powinien się już dawno „spalić”. Taki los często spotykał moskiewskie zabytki, które nie odpowiadały metrażem zapotrzebowaniu sprytnych biznesmenów. Nagle stare paliło się i można było budować, nowe, duże, reprezentacyjne. A ta chałupina stoi – może chroni ją diabeł?

Suterena należała do przyjaciela Bułhakowa scenografa Siergieja Topleniniowa. W tym czasie pisarz bywał u niego wyjątkowo często, zostawał na noc. Zaszywał się tam jak w mysiej dziurze. Pisał powieść i rozmyślał, co by się stało gdyby niemożliwe było możliwe. Ot, gdyby na przykład wygrał na loterii 100 tysięcy rubli i mógł zamieszkać – gdziekolwiek, nawet w suterenie z „Małgorzatą Eleną”.

To było absolutnie wykluczone. On był znanym pisarzem, którego sztuk nie wystawiano. Ona żoną generała Jewgienija Aleksandrowicza, dowódcy armii.

Ten romans, zabawa w dom, rozgrywał się, więc tylko w głowie Bułhakowa i na kartkach powieści. Obok była rzeczywistość – prawdziwe domy i domowe zajęcia, odwiedziny, przyjęcia, podarunki, teatr.

Życie marzeniami trwało całe dwa lata. Gdy szydło wyszło z worka generał Szyłowski nie chwycił szydła tylko mauzera i poszedł rozmówić się z Bułhakowem.

Strzały chyba nie padły, ale ustalono restrykcyjne zasady – zakochani nie spotykają się, nie piszą do siebie, nie telefonują, a Elena nie wychodzi sama za domu. Przystali na to. Bułhakow robi wtedy ostatni – jak się wydawało – bazgroł w książce: „Nieszczęście zdarzyło się 25.II.31 roku”.

Umowy dotrzymują przez półtora roku. Nagle Elena nieostrożnie wychodzi sama z domu. Oczywiście natychmiast natyka się na Bułhakowa. Są tacy, co uważają, że to także jest opisane w XIII rozdziale:

„Niosła jakieś paskudne, żółte niepokojące kwiaty. Diabeł wie jak się nazywają. W Moskwie zjawiają się jako pierwsze. I te kwiaty rysowały się bardzo wyraźnie na tle jej czarnego płaszcza”. Pamiętacie? A to?
„Miłość wyrosła przed nami jak spod ziemi, niczym uliczny morderca, rażąc ją i mnie jednocześnie. Tak razi piorun albo fiński nóż”.

Oczywiście można powiedzieć, że to wszystko lipa. W powieści rzecz się dzieje wiosną (żółte kwiaty, co zjawiają się jako pierwsze), w życiu jesienią. W książce spotykają się po raz pierwszy, w życiu po 18 miesięcznym niewidzeniu.
Ok., może i lipa – a ja w to wierzę i nie jestem jedyny!

Potem zdarzyło się to, co zdarzyć się nie miało prawa. Afanasjewicz i Elena zamieszkali razem. Bułhakowowie się rozstali, Szyłowscy także – dzieląc się synami (brzmi okropnie, ale tak było).
Zgodnie z logiką i moralnością to nie miało prawa ułożyć się w ten sposób. Tak nie bywa.

Michaił Afanasjewicz prosił Elenę o jedną obietnicę – że będzie mógł umrzeć na jej rękach. Ona najpierw się śmiała, ale on nalegał, więc przyrzekła.
Po ośmiu latach małżeństwa umierający, oślepły Bułhakow, leżąc w łóżku dyktował Elenie ostatnie wersy powieści, którą zaczynał pisać w „mysiej norce”.

Wielu tych rzeczy nie wiedzielibyśmy, gdyby nie teoretycy literatury, którzy czytają bazgroły. Jednym z najważniejszych badaczy bazgrołów Bułhakowa była Lidia Markowna Janowska. Ona opracowała i napisała wstęp do „Dziennika” Eleny Bułhakowej.

Janowska opisuje tam spotkanie z Eleną Siergiejewną z lat 60. Zastała ją schorowaną, w pościeli. Chciała wyjaśnić jakąś techniczną nieścisłość dotyczącą „Białej Gwardii”. Zadała pytanie. Elena odwróciła twarz do ściany i powiedziała: „Wie pani, że od dawna chcę właśnie o to zapytać Miszę, gdy przychodzi do mnie we śnie, ale ciągle zapominam”.

Elena uciekała w sny, tak jakby ciągle chodziła na randki z Bułhakowem – tak sądziła Janowska.

Potem po śmierci Eleny Janowska odnalazła wiele nieznanych zapisków żony pisarza. Na jednym z karteluszków był tytuł: „Sny o nim”. Podobno wszystko to jest słabo czytelne…

Są miłości od pierwszego wejrzenia, które kończą się randkami nawet w zaświatach? Nie ma, a wszystko przez długotrwałe zimy!
Lód z ulicy skuwa serca ludzi. Mauzer, kwiaty i miłość w ujemnych temperaturach – zdarzają się raz na tysiąc lat.
Bo normalnie miłość w ujemnych temperaturach jest nieszczęśliwa i beznadziejna. Ratunkiem dla wszystkich jest, więc globalne ocieplenie.
W imię szczęścia świata jestem gotowy powiększać dziurę ozonową własnymi rękami. Już od jutra.

A morał?

Kiedy jest zimno czytam chętnie bazgroły pozostawione na marginesach książek. Szukam takich po antykwariatach i czym więcej nabazgrane, tym większa szansa, że kupię.
Potem wieczorami podglądam przez dziurkę od klucza cudze życie.

Za to nauczyciele także powinni solidnie lać po łapach.

Wyrób dziennikarskopodobny

Wyrób dziennikarskopodobny
Figlarze związani z partią władzy na Ukrainie zrobili sobie telewizyjne show. Podają się za dziennikarzy śledczych i robią programy. Oczywiście temat jest jeden: „Jaka podła ta opozycja”.
Najgłośniejszy program dotyczył Julii Tymoszenko. Figlarze – znanymi tylko sobie sposobami – podglądali byłą premier Ukrainy w szpitalu, w którym Tymoszenko odbywała karę więzienia. Wyszło im, że „chora na kręgosłup” Julia siedzi, czyta, pisze, a nawet chodzi. Znaleźli świadka, który twierdził, że śmiga po sali na wysokich obcasach. Co to znaczy? Kręgosłup to tylko ściema.
Program był emitowany zaraz po wieczornych wiadomościach. Tylko trwające chwilę napisy na końcu informowały, że to nie materiał dziennikarski, a jedynie agitacja przedwyborcza.
Można się zżymać na zdziczenie obyczajów na Ukrainie. Jednak i w Polsce jest szansa, że dziennikarzy zastąpią wyroby dziennikarskopodobne. Są już tego pierwsze oznaki. W Sejmie ostatnio widujemy lobbystów (albo byłych lobbystów), PR-owców (albo byłych PR-owców), którzy noszą plakietki z napisem „Prasa”. Nie wiem, co robią w Sejmie, ale dziennikarzami na pewno nie są. Ten kto był lobbystą, pracownikiem firmy PR, rzecznikiem, urzędnikiem, politykiem – powinien mieć drzwi do zawodu zamknięte na zawsze. To prawo działało kiedyś. Dziś już nie działa.
A nie działa, bo dziennikarstwo jest słabe i biedne. O wydawcach prasy ostatnio dyskutuje się nie jako o ludziach, którzy chcą pokazywać rzeczywistość i patrzeć władzy na ręce, ale jak o starych alimenciarzach o pokrętnej duszy.
– Czy Twój ci już zapłacił?
– Tak, a Twój?
– Na razie połowę, ale obiecał, że reszta będzie po 15.
Reporterzy boją się podejmować trudne tematy, bo nie są pewni, czy ich „alimenciarz” wstawi się za nimi w sądzie, czy też będą musieli odpowiadać i płacić w razie przegranej sami. Nad wszystkimi wisi paragraf 212 kk, dzięki któremu każdy dziennikarz może szybko stać się kryminalistą.
Nie chcę wylewać krokodylich łez, bo środowisko ma się za co uderzyć w piersi. Jesteśmy upolitycznieni, podzieleni, niezbyt mądrzy. Kilka ważnych tekstów z przeszłości– co wyszło po latach – było mocno przestrzelonych. Dziś wielu z nas nie potrafi sobie poradzić w warunkach kryzysu.
Jednak – i w to wierzę – nie jesteśmy skorumpowani i ciągle uważamy, że bierzemy pieniądze za to, żeby patrzeć władzy, biznesowi, politykom na ręce. Albo żeby opowiadać o tym jak jest.
Widać to w wielu publikacjach – choćby ostatnio o Amber Gold i o tym co wyczynia MSZ w sprawach białoruskich. Widać to po pracy dziennikarzy w Sejmie. Widać po kilku naprawdę niezłych książkach reporterskich.
To się niezbyt podoba politykom i biznesmenom. Ci, którzy mają pieniądze, potrafią ich użyć, żeby uciszyć niepokorne redakcje. Ci, którzy mają władzę, potrafią obsobaczyć dziennikarza: „Won do PiS-u”. Potem płoną wozy transmisyjne, a anonimy w internecie oplugawiają reporterów.
Dzięki politykom i biznesmenom – którzy wolą mieć spokój, dzięki słabości środowiska, jest społeczne przyzwolenie na takie działanie. Nie wiem gdzie się to skończy, ale boję się, że skończy się niedobrze.
Już zaczynają pojawiać się – na razie zawoalowane – groźby wobec bardzo znanych i bardzo dobrych dziennikarzy. Wiem, co piszę i mam nadzieję, że nikt nie zechce posunąć się dalej. Byłoby to niezwykle groźne nie tylko dla reporterów (akurat ci, o których piszę, poradzą sobie doskonale), ale dla stanu państwa. Mówię, to serio.
Przez lata widziałem jak postępował podobny proces w Rosji. Zaczęło się od oplugawiania i obrzydzania dziennikarzy. Potem przejmowano media i w miejsce oplugawionych zatrudniano takich, którzy byli łasi na kasę i zaszczyty. I zawsze potrafili się odwdzięczyć „tekstem po linii”. A końcu – tych co mimo wszystko usiłowali pracować normalnie – bito i zabijano. Kiedy już dziennikarzy zabijali, to społeczeństwo biło brawo: „Dobrze im tak, bo dziennikarze to k…”
Jedną z takich „k…” – jak rozumiem – była Anna Politkowska. Jedna z najodważniejszych i najuczciwszych reporterek jakie poznałem w życiu. Politkowska nie oszczędzała nikogo: ani Federalnych, ani Czeczenów – to znaczy wrogów miała wszędzie. Nikt, ona też, nie liczył ile razy była pod ostrzałem, ile widziała trupów, ilu rannych, ilu ludziom pomogła.
Jedni tchórze wyzywali ją przez lata, inni tchórze grozili jej przez lata, a jeszcze inni zamordowali w centrum Moskwy, wystrzałem z pistoletu.
To smutna historia. Znana na razie z Rosji.

Figlarze związani z partią władzy na Ukrainie zrobili sobie telewizyjne show. Podają się za dziennikarzy śledczych i robią programy. Oczywiście temat jest jeden: „Jaka podła ta opozycja”. Najgłośniejszy program dotyczył Julii Tymoszenko. Figlarze – znanymi tylko sobie sposobami – podglądali byłą premier Ukrainy w szpitalu, w którym Tymoszenko odbywała karę więzienia. Wyszło im, że „chora na kręgosłup” Julia siedzi, czyta, pisze, a nawet chodzi. Znaleźli świadka, który twierdził, że śmiga po sali na wysokich obcasach. Co to znaczy? Kręgosłup to tylko ściema.

Program był emitowany zaraz po wieczornych wiadomościach. Tylko trwające chwilę napisy na końcu informowały, że to nie materiał dziennikarski, a jedynie agitacja przedwyborcza.

Można się zżymać na zdziczenie obyczajów na Ukrainie. Jednak i w Polsce jest szansa, że dziennikarzy zastąpią wyroby dziennikarskopodobne. Są już tego pierwsze oznaki. W Sejmie ostatnio widujemy lobbystów (albo byłych lobbystów), PR-owców (albo byłych PR-owców), którzy noszą plakietki z napisem „Prasa”. Nie wiem, co robią w Sejmie, ale dziennikarzami na pewno nie są. Ten kto był lobbystą, pracownikiem firmy PR, rzecznikiem, urzędnikiem, politykiem – powinien mieć drzwi do zawodu zamknięte na zawsze. To prawo działało kiedyś. Dziś już nie działa.

A nie działa, bo dziennikarstwo jest słabe i biedne. O wydawcach prasy ostatnio dyskutuje się nie jako o ludziach, którzy chcą pokazywać rzeczywistość i patrzeć władzy na ręce, ale jak o starych alimenciarzach o pokrętnej duszy.

– Czy Twój ci już zapłacił?

– Tak, a Twój?

– Na razie połowę, ale obiecał, że reszta będzie po 15.

Reporterzy boją się podejmować trudne tematy, bo nie są pewni, czy ich „alimenciarz” wstawi się za nimi w sądzie, czy też będą musieli odpowiadać i płacić w razie przegranej sami. Nad wszystkimi wisi paragraf 212 kk, dzięki któremu każdy dziennikarz może szybko stać się kryminalistą.

Nie chcę wylewać krokodylich łez, bo środowisko ma się za co uderzyć w piersi. Jesteśmy upolitycznieni, podzieleni, niezbyt mądrzy. Kilka ważnych tekstów z przeszłości– co wyszło po latach – było mocno przestrzelonych. Dziś wielu z nas nie potrafi sobie poradzić w warunkach kryzysu.

Jednak – i w to wierzę – nie jesteśmy skorumpowani i ciągle uważamy, że bierzemy pieniądze za to, żeby patrzeć władzy, biznesowi, politykom na ręce. Albo żeby opowiadać o tym jak jest.

Widać to w wielu publikacjach – choćby ostatnio o Amber Gold i o tym co wyczynia MSZ w sprawach białoruskich. Widać to po pracy dziennikarzy w Sejmie. Widać po kilku naprawdę niezłych książkach reporterskich.

To się niezbyt podoba politykom i biznesmenom. Ci, którzy mają pieniądze, potrafią ich użyć, żeby uciszyć niepokorne redakcje. Ci, którzy mają władzę, potrafią obsobaczyć dziennikarza: „Won do PiS-u”. Potem płoną wozy transmisyjne, a anonimy w internecie oplugawiają reporterów.

Dzięki politykom i biznesmenom – którzy wolą mieć spokój, dzięki słabości środowiska, jest społeczne przyzwolenie na takie działanie. Nie wiem gdzie się to skończy, ale boję się, że skończy się niedobrze.

Już zaczynają pojawiać się – na razie zawoalowane – groźby wobec bardzo znanych i bardzo dobrych dziennikarzy. Wiem, co piszę i mam nadzieję, że nikt nie zechce posunąć się dalej. Byłoby to niezwykle groźne nie tylko dla reporterów (akurat ci, o których piszę, poradzą sobie doskonale), ale dla stanu państwa. Mówię, to serio.

Przez lata widziałem jak postępował podobny proces w Rosji. Zaczęło się od oplugawiania i obrzydzania dziennikarzy. Potem przejmowano media i w miejsce oplugawionych zatrudniano takich, którzy byli łasi na kasę i zaszczyty. I zawsze potrafili się odwdzięczyć „tekstem po linii”. A końcu – tych co mimo wszystko usiłowali pracować normalnie – bito i zabijano. Kiedy już dziennikarzy zabijali, to społeczeństwo biło brawo: „Dobrze im tak, bo dziennikarze to k…”

Jedną z takich „k…” – jak rozumiem – była Anna Politkowska. Jedna z najodważniejszych i najuczciwszych reporterek jakie poznałem w życiu. Politkowska nie oszczędzała nikogo: ani Federalnych, ani Czeczenów – to znaczy wrogów miała wszędzie. Nikt, ona też, nie liczył ile razy była pod ostrzałem, ile widziała trupów, ilu rannych, ilu ludziom pomogła.
Jedni tchórze wyzywali ją przez lata, inni tchórze grozili jej przez lata, a jeszcze inni zamordowali w centrum Moskwy, wystrzałem z pistoletu.

To smutna historia. Znana na razie z Rosji.