Archiwa tagu: Ukraina

Maks

Maks

Nie poznałem go. Chociaż jest moim kumplem. Gdy dowiedział się, że jestem dzwonił do mnie z zaproszeniem. Czekał, aż przyjadę. Wysiadłem z samochodu. Przeszedłem obok.

Zatrzymał mnie jego wzrok.
– Maks, mój Boże!

Nikt go tak tu nie nazywa oprócz mnie. Ma swój wojskowy, groźnie brzmiący, pseudonim. Wychudł. Nie golona broda robiła jego twarz jeszcze bardziej pociągłą. Oczy zapadły się gdzieś głęboko. Uśmiechał się do mnie, wyciągał rękę, ale spojrzenie miał już z kamienia.

Ostatni raz widziałem go w grudniu. Natalia zaprosiła nas obu na urodziny. Siedzieliśmy u niej w domu. Udawaliśmy, że nie ma wojny. Koniak, wódka, kotlety, ogórki, chleb, ciasto, czekoladki. Jakby za oknem nic się nie działo. Ona w czarnej, wydekoltowanej sukni.
Maks: – Zrobiłaś to nam specjalnie!
Ja – w kulminacyjnym momencie imprezy – wywalam sałatkę olivier na spodnie.
Oni tarzają się ze śmiechu.
Natalia: – Polska fantazja!
Głupio mi. Siedzę za stołem jak fleja. Natalia przynosi ręczniki.
A Maks? W odprasowanym mundurze. Uśmiechnięty. Zakochany w życiu. Król przedstawienia. Niedługo miał jechać na pierwszą linię. Czuliśmy, że on tego chce. Piliśmy koniak jeszcze na dole, czekając na taksówki. Sąsiedzi gniewnie wyglądali zza firanek. Jak dobrze.

Kiedy to było?

On przysiadł teraz na murku, ukrył głowę w dłoniach. Metal łupie, gwiżdże, spada. Podświadomie chce się uciekać do garażu przerobionego na schron. Ale on siedzi bez ruchu jakby niczego nie słyszał. Przysiadam obok. Trącam łokciem.
W torbie z aparatem mam dla niego koniak. Pokazuję skrycie.
– Weźmiesz?
– Nawet nie kuś – szepce.
Rozpalają się oczy jego młodych żołnierzy. Oni wiedzą co ukrywam.

Na wojnie nie wylewa się za kołnierz, ale Maks to tępi. Słyszę tysiące opowieści o pijanych wojakach: „Jeden poszedł stawiać miny pułapki. Nikomu nie powiedział. Zastrzelił go wartownik”. „Popili i chcieli zobaczyć co będzie jak wrzucą dwa pociski do moździerza. Rozerwało na ch… i strzępy”.
Dowódca musi pisać do matki: „Zginął śmiercią bohatera”. Maks nie chce pisać takich listów.

– Przejdziemy się?
– Jasne! Tylko dokąd chcesz iść?
Wokoło posiekana kulami, szrapnelami pustynia. Przedzieramy się podwórkami, bo ulica pod ostrzałem. Rykoszety. Zawracamy.
Teraz przez drogę.
Maks: – Przebiegniemy, tak będzie lepiej.
Biegniemy. Wszystko tonie w śmieciach. Wojsko stoi tu już długo.
– Chcesz na pozycję?
Drapiemy się po trzech drabinach na dach. Potem trzeba pełzać bo snajper. Zalegamy w komórce ułożonej z cegieł. Trzech młodych chłopców. Starają się nie wysuwać nosa, ale marzą.
– Może zaatakować?
– Debile! Przez 500 metrów będą strzelali do was jak do tarczy. Pójdziecie, sam zastrzelę. Nie boję się śmierci, boję się głupiej śmierci. Siedzicie tutaj.
Chyba dotarło. Znowu pełzniemy do drabin. Teraz w dół. Droga. Biegniemy. Śmieci.

Idziemy do sąsiadów. Ich batalion zjechał, zostało tylko pięciu. Ci mają już naprawdę dość. W ich ziemiance śmierdzi. Już do siebie nie mówią. Zapraszali, a teraz milczą. Patrzą wilkiem. Może tylko mi się zdaje? Na koniec mówią przecież:
– Weźcie żarcie. Nam się nie przyda.
Bierzemy żarcie. Dziękujemy. Potem klniemy, bo z kartonową paczką ciężko się idzie, trudno upaść jakby co.

Dochodzimy do „swojego” schronu. Młodzi rozmawiają o futbolu. Jeden jest za Metalistem Charków, więc nienawidzi Dynama Kijów. Ale jakby Dynamo grało z Zenitem z Petersburga albo ze Spartakiem z Moskwy to poszedłby bić Ruska razem z Dynamem. Ale w normalnych warunkach nabiłby mordę Kijowianom. Bo miłość do klubu jest rzeczą świętą.
Maks nie może. Znów ukrywa głowę w dłoniach, zatyka uszy.

– Gdzie jest toaleta?
Maks nie słyszy. Tamci patrzą na mnie jak na wariata:
– Na pewno musisz? – widzę w ich oczach pytanie.
– Za domem, potem w lewo i wybite drzwi po prawej.
Idę. Nie potrzebuję toalety. Chcę ją tylko sfotografować. Wiem, że najbardziej boją się takiej śmierci. Ze spodniami spuszczonymi do kolan. Każdy chciałby zginąć jak bohater, z karabinem w ręku. Szturmując lub broniąc swojej pozycji. Zginąć w kiblu to jakiś absurd. Andriej z Pirłuków, najsympatyczniejszy z młodych lituje się i idzie za mną, żeby pokazać co i jak.
– Tutaj.
– Rozwalona.
– Pocisk trafił w ścianę. Wybił drzwi, ale można… jeśli trzeba.
– Nie trzeba, chciałem zrobić zdjęcie.
– Po co?
– Miejsce, którego na wojnie boisz się najbardziej.
– No, nawet dzisiaj spieprzałem ze ściągniętymi portkami. Tak zginąć… Sam rozumiesz.
– Jasne.

Wracam. Maks patrzy na mnie:
– Jest samochód. Pojedziesz?
– Może zostanę? Pogadamy.
– Pogadamy? Lepiej pojedź. To nie twoja wojna. Jeszcze się nagadamy.
Klepiemy się po plecach.
– Na pewno nie chcesz flachy? – pytam cicho.
– Nie, zrobimy następnym razem.

Wsiadam. Maks wychodzi na drogę. Macha. Nie zamieniliśmy nawet słowa o Natalii. Jakby tamto nigdy nie istniało.

Paweł Reszka

(To jest felieton dla TP sprzed dwóch tygodni.)

Droga

030Mój samochód mi tego nigdy nie wybaczy, ale przejechałem drogą E – 50 (od Pawłohradu, przez Dniepropietrowsk, aż do Kirowohradu). Następnie zrobiłem coś znacznie gorszego. Wskoczyłem na trasę „międzynarodową” M-13 (Kirowohrad do skrzyżowania z autostradą do Odessy).

Było to 500 kilometrów męki od świtu do zmroku. Podróż zajęła mi półtora dnia. W kabinie smród przegrzanych klocków hamulcowych, jęczące zawieszenie. Prędkość 40 – 50 kilometrów na godzinę uchodzi tam za szaloną. Wówczas „droga jest lepsza” i jedzie się slalomem.

Dużo częściej trzeba zatrzymywać auto, redukować do jedynki i powoli wjeżdżać w głębokie na kilkadziesiąt centymetrów dziury. Tak jeżdżą wszyscy – właściciele starych ład i błyszczących landcruserów. Zagubieni turyści, autobusy i przewożące towary Tir-y.

Czasem droga znika. Należy wówczas wyjść na zewnątrz, by wybrać przejazd – z prawej metrowy uskok, z lewej wąska na pół koła ścieżynka między wyrwami.

Taka podróż wymaga cierpliwości i pokory, ci którzy jej nie wykazują stoją potem na poboczu z oderwanymi kołami. Myślę, co będzie, gdy na M-13 wywali się ciężarówka, o co nie trudno?

Nie żałuję ani kilometra, który dane mi było przejechać. Zrozumiałem w jak katastrofalnym stanie jest Ukraina. Południe kraju to prawdziwa technologiczna katastrofa. Nie da się jej dostrzec, gdy podróżuje się drogami między Odessą, a Kijowem, czy trasą Lwów – Kijów – Charków.

Widok centrum Dniepropietrowska robi tym bardziej wstrząsające wrażenie. Stojące na Dnieprem wieżowce przywodzą na myśl bogactwo Manhattanu. Drogie limuzyny, biurowce, ociekające złotem hotele.

Miasto to jeden wielki biznes: przemysł metalurgiczny, maszynowy, kosmiczny. Wielkie centrum bankowe. Swego czasu klan Dniepropietrowski (zrodzony jeszcze w czasach Breżniewa) trząsł całą Ukrainą. Stąd jest były prezydent Leonid Kuczma (pochodzi z kasty czerwonych dyrektorów), stąd jest były premier Pawło Łazarenko i była premier Julia Tymoszenko.

Fortuny robili tu także Wiktor Pińczuk i Igor Kołomojski – dzisiejszy wpływowy gubernator (na Obwód Dniepropietrowski mówi się z przekąsem Kołomojszczyzna). Kołomyjski być może uratował Dniepropietrowsk przed wojną domową. Rządzi tam żelazną ręką. Na front posłał wyekwipowane za własne pieniądze bataliony Dnipro 1 i Dnipro 2. Lecz teraz staje się dla demokratycznej Ukrainy wielkim problemem – gdy wysyła uzbrojonych w automaty ludzi do Kijowa, by wprowadzać swoje porządki w państwowej spółce energetycznej.

O tum przyjedzie jeszcze pewnie pisać, ale dziś miało być do podróżowaniu na południu.
018
Uważam to za wielki wstyd, że ci ludzie (politycy i bogacze) potrafili robić tu karierę i wielkie pieniądze – a nie potrafili pomyśleć o zwykłej drodze. Symboliczne sobiepaństwo, zachłanność i egoizm klasy politycznej i finansowej.

– Jak to możliwe, że wszyscy napychali sobie kieszenie przez tyle lat, a nie starczyło im wyobraźni, by wybudować trasę. Dla ludzi, ale przecież też dla siebie – kląłem pod nosem.
– Dla siebie? – zaśmiał Jurko, towarzysz podróży – Oni mają helikoptery i odrzutowce!

Paweł Reszka

Donieck

Donieck 100

„Widać przedmieścia Doniecka. Zwykłe blokowiska. Patrzę na zegarek, już popołudnie.
Wyobraźnia podpowiada, że po osiedlowych uliczkach idą kobiety objuczone zakupami. Wracają do domów.
Dzieci z kluczami na szyi. Strzelają do krzywej bramki ustawionej na trawniku. Ci co niedawno mieli urodziny paradują dumnie w koszulkach z napisem Messi albo Ronaldo.
Młodzież pociąga piwo na ławce. Mężczyźni o byczych karkach wracają z kopalni do domu. Matki zaraz zaczną uchylać okna i zwoływać dzieciarnię na obiad. Jak to na blokowisku.
Przyglądam się uważniej. W bloku, który widzę w oddali nie ma okna. Tylko wypalona dziura. Jedna, dwie, osiem. W następnym jest tak samo. Jutro wejdę na opustoszałe osiedle. Do mieszkania przeszytego pociskiem. Zobaczę ogródki na parterze. Kiedyś wypielęgnowane. Z kwiatkami, marchewką, czasem kartoflami.
Zawsze się z tego śmiałem.
– Po co to robicie?
A oni odpowiadali półżartem: – A jeśli będzie wojna?
Ogródek, nawet taki przy klatce dawał poczucie bezpieczeństwa. Dawał złudzenie, że posiada się coś swojego.
Teraz to wszystko posiekane odłamkami.”

To fragment tekstu, który ukaże się w najbliższym Tygodniku Powszechnym. A tera kilka uwag.

Wyprawy do Doniecka się obawiałem – a bardzo chciałem ją odbyć. W szeregach wojsk tzw. DNR walczy jeden z bohaterów mojego przyszłego reportażu.

Najbardziej lękałem się wszystkich „papierkowo – biurokratycznych” kłopotów. Załatwiania przepustek, dogadywania się w sprawie akredytacji.

– Los mojej podróży będzie zależał – myślałem sobie – Od widzimisię przypadkowego człowieka w mundurze. A co będzie jak Ukraińcy przepuszczą, a DNR- owcy nie przepuszczą? Zostanę na ziemi niczyjej?

Nie było tak źle. Przez posterunki ukraińskie przejechałem na akredytację prasową ATO. Wcześniej zadzwoniłem do biura prasowego ATO – zgłaszając zamiar podróży (nie wiem, czy potrzebnie, czy nie, ale przejechałem).
Przez posterunki DNR przejechałem „na pałę” miałem tylko paszport i legitymację prasową Tygodnika Powszechnego (tę z ATO schowałem naturalnie). Nie ukrywałem, że jestem dziennikarzem. Najtrudniejszy był posterunek Berkutu, przy wjeździe do miasta (na którym zresztą stał gotowy do boju czołg – to a propos zawieszenia broni).

Berkutowcy grzebali w rzeczach, zadawali pytania, ale przepuścili. Po przyjeździe do miasta zrobiłem sobie w administracji obwodowej akredytację (10 min) pokazując paszport i legitymację prasową. Ta akredytacja umożliwiała mi w miarę swobodne poruszanie się. Przepuszczali mnie na wszystkich posterunkach – z przypomnieniem, że z miasta do miasta jeździ się prostymi drogami, nie skręca ani w lewo, ani w prawo. Chodziło o to bym nie mógł sfotografować pozycji bojowych ani sprzętu.
Za miastem w drodze do Gorłowki – kontrolowano mnie 5 razy na przestrzeni 30 – 40 km. To techniczne uwagi, które może przydadzą się kolegom dziennikarzom.

A wrażenie z Donbasu? Pierwsze dziwne uczucie jest przy przekroczeniu linii frontu. Nagle patrzy się na znane pozycje ukraińskie od drugiej strony. Wiesz, że siedzą tam żołnierze, a ty jesteś na terytorium ich przeciwnika.

Pierwsze wrażenie Doniecka to pustka. Centrum jest wysprzątane, jeżdżą autobusy, karetki, taksówki – wszystko z pozoru jest normalnie. Problem w tym, że nie ma ludzi. Idziesz po ulicy Artioma, która była zawsze zatłoczona, sto metrów, dwieście i nie mijasz nikogo. W sklepach wiele pustych półek.
Gdy zagłębić się w dalsze od centrum ulice widać zniszczenia wojenne. W sercach ludzi obawa i nienawiść do Kijowa. Nawet ci, których pamiętałem jako ukraińskich patriotów mają za złe blokadę ekonomiczną i pociski, które spadały na osiedla mieszkaniowe.

Wiele ostrzałów – co także potwierdzali mi znajomi – było spowodowane tym, że separatyści otwierali ogień kryjąc się w dzielnicach mieszkalnych.
– Weszli do naszego bloku, zaczęli strzelać, Ukraińcy odpowiedzieli – mówił mi znajomy, który mieszkał opodal lotniska. Ten fakt zresztą nie zmniejsza pretensji jakie mają do ukraińskiej strony.
Po kilku rozmowach doszedłem do wniosku, że DNR nie bardzo zależy na niepodległości. Najlepszym dla nich wariantem byłby los Krymu, a więc aneksja przez Rosję.
O powrocie do Ukrainy słyszeć nie chcą.

Paweł Reszka

Nowy Rok, nowy blog

Grudniowa podróż do Słowiańska należała do kategorii mistycznych.

Ruszyłem z Charkowa o poranku. Droga pokryta śniegiem. W powietrzu unosiła się mgła. Zmrożona, gęsta. Miałem wrażenie, że gdybym wyszedł, ruszył przed siebie moja sylwetka zostawiłaby ślad w zawiesistym powietrzu. (…)

To początek pierwszego wpisu w nowym miejscu. Od tego roku „Reszka świata” przeniosła się pod adres:

http://pawelreszka.blog.tygodnikpowszechny.pl/Charkow 139

Życzę wszystkim dobrego Nowego Roku i zapraszam do lektury.

Paweł Reszka

Poroszenko na śmietniku

Ukraiński poseł Witalij Żurawski na śmietniku wyglądał godnie. W rękach ściskał dyplomatkę i powtarzał grobowym głosem: „Jesteśmy w pracy!”.

Pewnie, że w pracy! Śmieciowy kontener przywieziono przed same drzwi parlamentu, a Żurawski pracuje właśnie w parlamencie. Za co demonstranci wrzucili go do śmietnika? Pewności nie ma. Ale krzyczeli, że Żurawski to:

1. pederasta

2. przez takich jak Żurawski „leje się krew

3. oraz, że „Sława Ukrainie”, co już się Żurawskiego nie tyczyło.

Z początku, tak jak znajomi z Ukrainy, byłem przekonany, że tłum miał pretensję o ustawy amnestionujące separatystów i dające autonomię Wschodowi. Ale, dziś czytam, że mogło pójść o przeprowadzenie lustracji. To strasznie durne, bo akurat Żurawski, był za lustracją.

Może Żurawski dostał za to, że jest postacią mętną, farbowanym lisem? Za Wiktora Janukowycza był w Partii Regionów i wymyślał ustawy kneblujące dziennikarzy. A teraz lustruje. Nauczono więc go, że demokracja to rządy ludu  – w tym przypadku ludu uzbrojonego w kontener na śmieci.

Moim zdaniem wcale nie jest wykluczone, że tłuszcza dla rozrywki chciała kogoś wyrzucić na śmietnik. Takiego, co nosi marynarkę, lakierki i immunitet poselski. A Żurawski odpowiadał rysopisowi.

W każdym razie ubaw był po pachy. Śmieciowy film zrobił karierę w Internecie. Z satysfakcją pokazywała go rosyjska telewizja, oglądana masowo na wschodzie Ukrainy. Żurawski załapał się nawet do CNN – o czym wcześniej mógł tylko pomarzyć.

To się działo na śmietniku. A w Radzie Najwyższej? Tu prezydent Petro Poroszenko dwoił się i troił by przepchnąć ustawy, które radykalnie zmieniają sytuację na Ukrainie.

Podczas zamkniętego dla opinii publicznej posiedzenia przyjęto (wspomniane już) prawo o amnestii dla separatystów oraz prawo gwarantujące szeroką autonomię regionom na wschodzie przez najbliższe trzy lata.

Te ustawy – trzeba otwarcie powiedzieć – to wywieszenie białej flagi. Przyznanie się do tego, że wojna albo pierwsza jej część została przegrana. Stąd podniosły się głosy, że wszystko to pachnie zdradą.

Szczególnie dramatycznie zabrzmiała wypowiedź multimilionera Serhija Taruty: „Za co ginęli nasi chłopcy?”, pytał. Taruta to właściciel wielkiego biznesu w Donbasie. Taruta został wyznaczony przez Majdan na gubernatora. Ale choć wyrósł w Zagłębiu Donieckim, zrobił tu majątek, kupił sobie klub piłkarski, nie potrafił zrobić nic, by powstrzymać rebelię.

Dziś Taruta jest jak dawne królewięta bez ziemi. Załamuje ręce i nad chłopcami i nad biznesem, który traci.

Niezależnie od żalu magnata finansowego, prawda jest brutalna. Ukrainie nie starczyło sił, by wygrać wojnę. Gdy ścierali się z separatystami i najemnikami z Rosji – przeważali. Gdy Władimir Putin wprowadził regularne wojska – ulegli. Jeśli Ukraina miała nadzieję na większą pomoc ze strony Zachodu to srodze się zawiodła. Sankcje zostały wprowadzone. A broń? Podobno tak. Podobno, bo wszyscy boją się przyznać do jej sprzedaży. Nikt nie chce narażać się na gniew Kremla. To raz.

Adwa: wielu ludzi na Krymie i na wschodzie odnosiło się z nienawiścią lub z chłodną obojętnością do Ukrainy i jej władz.

Tak do zwycięskiego Majdanu, jak i miejscowych oligarchów – takich jak własnie Taruta i jego konkurent, kolega po oligarchicznym fachu Rinat Achmetow (ten ostatni – mimo, że „płaci pensje” i sponsoruje Szachtara, został wiosną bezwzględnie wypędzony sprzed budynku rady obwodowej zajętego przez rebelię).

Ludzie tych z Kijowa mieli za faszystów i banderowców, tych miejscowych za zwykłych złodziei.

Skoro nie było jak walczyć trzeba było się dogadać – dać autonomię, zapisać prawo do nieskrępowanego używania języka rosyjskiego, zgodzić się na istnienie „ludowych milicji”.

Zapisane w ustawie „trzy lata” dają nadzieję, że uda się przywrócić integralność terytorialną. Kupić sobie czas, żeby odbudować armię. Zaoferować wschodowi programy socjalne. Próbować udowodnić, że Kijów i Europa to lepsze wyjście niż Moskwa.

Ale to także potworne niebezpieczeństwo, że zajęte przez Rosjan części obwodów donieckiego i ługańskiego nie zmienią się w coś na kształt Naddniestrza. A zawieszenie broni, nie skończy się tym, czym skończyło się po wojnie rosyjsko – gruzińskiej, trwałą utratą części kraju. Kreml to ostatnia instytucja, której można wierzyć.

Trzeci wariant jest taki, że zawieszeni broni nie przetrwa próby czasu  zmieni się w kolejną odsłonę próby sił.

Rodzi się ciekawe pytanie: Czy nie można było pójść na ustępstwa wobec Wschodu kilka miesięcy wcześniej? Zaproponować i autonomię, i rosyjski, i co tylko się dało – w chwili, gdy rebelia tylko kiełkowała. Być może wówczas obywatele pytaliby najemników w maskach: „O co wam chodzi? Po co biegacie tu z bronią, skoro Kijów zgadza się na wszystko oprócz przyłączenia do Rosji?”.

Tyle, że wówczas słowo federalizacja wywoływało spazmy gniewu w Kijowie. To zawsze mnie dziwiło – bo federalizacja to pojęcie pojemne. Na przykład Rosja jest federacją, co nie zmienia faktu, że jest rządzona centralnie i jednoosobowa. A decentralizacji Ukraina – jeśli chce być demokratyczna i tak nie uniknie.

Nie należało więc iść na ustępstwa wcześniej? Spytałem o to wczoraj Pawła Kowala, który był moim gościem w radiowej „Dwójce”

– Sam mam takie myśli – mówił – Skoro nie miało się zasobów by walczyć, może trzeba było pójść na ustępstwa wcześniej.

http://www.polskieradio.pl/8/3660/Artykul/1234963,Pawel-Kowal-Poroszenko-musi-wygrac-albo-wszystko-straci

I jeszcze dwie wypowiedzi Kowala  (który jest zresztą zaprzyjaźniony z Poroszenką):

„Scenariusz, który wydawał się kilka miesięcy temu najgorszy, czyli zamrożony konflikt na Ukrainie wydaje się dziś dla Poroszenki korzystny. Musi zagrać na czas, maksymalistycznie zgodzić się żądania rebelii”.

„Ustawy prowadzą Poroszenkę w jednym kierunku. Musi albo wygrać albo wszystko straci”.

A to „wszystko straci” może wyglądać tak, że następnym razem demonstranci przed parlamentem zapolują na Poroszenkę, a nie na nieważnego Żurawskiego.

Jak zauważył Kowal jeśli Poroszence się nie uda „ci, co wrzucili posła Żurawskiego do kubła, wrócą. I będzie ich więcej”.

Paweł Reszka

 

 

NATO opłaci Ukrainie 10 godzin walki

Generał Waldemar Skrzypczak zna się na wojnie. Zapytałem, więc czy 15 milionów euro, które NATO zaoferowało Ukrainie na wzmocnienie armii to dużo, czy mało.

– Na froncie ukraińsko – rosyjskim wystarczy to na 10 godzin walki z użyciem wszystkich środków. Amunicja jest przecież droga – odpowiedział.

Słynna „szpica” to zdaniem generała coś w rodzaju zwiadu i ubezpieczenia – a nie siła zdolna powstrzymać agresywnego przeciwnika.

(Cała rozmowa, którą przeprowadziłem w radiowej „Dwójce” do znalezienia i odsłuchania pod adresem http://www.polskieradio.pl/8/3660/Artykul/1226070,Wojna-tuz-za-miedza)

Politycy zachwycają się sukcesem szczytu w Newport.

A znany malkontent Jerzy Haszczyński (szef działu zagranicznego „Rzeczpospolitej”, mądry dziennikarz, mój przyjaciel) podsumował wydarzenie dowcipną frazą „Trzy razy Sz – szpica, Szczecin, szczyt w Warszawie” (http://www.rp.pl/artykul/9158,1138906-Jerzy-Haszczynski-o-szczycie-NATO-w-Newport.html)

No, ale on jest malkontentem. To nas zresztą do siebie zbliża. Więc dorzucę swoją uwagę.

Dawno, dawno temu Gruzinom zechciało się do NATO. W marcu 2008 roku przyjechali na szczyt do Bukaresztu, żeby dostać MAP (Membership Action Plan) co jest ostatnim schodkiem przed uzyskaniem członkostwa w Sojuszu.

Ale NATO odesłało Gruzinów z kwitkiem do domu. Mimo klęski politycy (także polscy L. Kaczyński i R. Sikorski) otrąbili sukces. Po pięciu miesiącach wybuchała wojna między Rosją, a Gruzją. Gruzini sromotnie przegrali, a Rosja uznała o Osetię i Abchazję za oddzielne państwa.

A Gruzini? Ciągle jeżdżą na szczyty NATO.

A NATO? Grozi paluszkiem Rosji i wzywa, by przestała uznawać Osetię i Abchazję. Gdy jednak Gruzini pytają o MAP Sojusz odwraca się na pięcie albo proponuje jakieś zastępcze pakiety. I tak trwa to szósty rok.

Coś się jednak zmieniło. W Newport NATO wezwało Rosję nie tylko do wycofania się Abchazji i Osetii, ale i z Krymu. Jeśli progresja się utrzyma warszawski szczyt NATO wezwie Putina, żeby wycofał się ze wschodniej Ukrainy.

No chyba, że szczyt nie będzie mógł się odbyć w Warszawie.

Paweł Reszka

 

 

 

Koncepcja Poroszenki

Majdan 1228Petro Poroszenko przedstawił podczas mowy inauguracyjnej plan dla wschodniej Ukrainy. Nowy prezydent proponuje szybkie wybory municypalne. Do tego amnestię dla separatystów, a nawet bezpieczny korytarz dla rosyjskich najemników, którzy chcieliby opuścić Ukrainę.

Zarysy planu P.P. przedstawił już w Warszawie, ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach.

Mowa inauguracyjna była skonstruowana zgrabnie. Po pierwsze Poroszenko chciał wschodniej Ukrainie opowiedzieć, kto jest jej prawdziwym przeciwnikiem i sprawcą nieszczęść.

Przeciwnik to separatyści:
– Nasi drodzy bracia i siostry, rodacy – mówił przechodząc z ukraińskiego na rosyjski – Wielu z was na własnej skórze odczuło „uroki” władzy terrorystów.

Separatyści faktycznie słabo panują nad porządkiem w kontrolowanych przez siebie regionach.
Częste są rabunki, porwania dla okupu, okradanie całych firm. W niektórych miejscowościach – na przykład – sklepy jubilerskie zostały już dawno zamknięte, a towar wywieziony, przez właścicieli obawiających się grabieży. Widać prezydent liczy, że obywatele powoli mają dosyć takiego stanu rzeczy, niezależnie od tego jak bardzo nie lubią władzy w Kijowie.

Sprawca nieszczęść to Wiktor Janukowycz:

„sprzedał Donbas, a rabował go w jeszcze większy stopniu niż resztę kraju. Obwodem Donieckim rządził wszak przez 17 lat”.

To ciekawy ruch, bowiem wschodnia Ukraina tradycyjnie głosowała na pochodzącego z tych stron Janukowycza albo jego Partię Regionów. Nie było to jednak poparcie wynikające z miłości, ale raczej ze strachu lub w kontrze do „pomarańczowej”, „banderowskiej” części kraju.
Ludzie dokładnie widzieli, co Janukowycz i jego klan wyrabiają na ich terenie i w reszcie kraju. W dodatku patrzyli na jego wstydliwą ucieczkę do Rosji, po zwycięstwie Majdanu. Na Wschodzie przyjęto to jako akt tchórzostwa.
(Dla porządku: oligarchiczny system Janukowycza w założeniach nie różnił się od tego co działo się w czasach Kuczmy, Juszczenki, czy Tymoszenko. No może tym, że w ostatnich miesiącach rządów Janukowycza korupcja i złodziejstwo były wyjątkowo bezwstydne).
Dziś Poroszenko zdaje się mówić: „Jeśli wystawiacie Kijowowi rachunki za ostatnie 20 lat, to pamiętajcie, że większość czasu w Doniecku rządził ‘wasz’ człowiek. Ja chcę żeby było inaczej. Zaufajcie mi”.

Zaufajcie i co dalej?

Prezydent po pierwsze chce by na wschodzie przestała się lać krew. Jego zapowiedzi – wzmocnienia armii, policji, gwardii narodowej – świadczą, że nie ma zamiaru hamować operacji antyterrorystycznej.

Sądzę, że mimo słów, które padły w Paryżu podczas wymiany zdań z Putinem (mówiono o konieczności zakończenia walk) P.P. będzie chciał pokazać, że ma siły i środki do tego by bezwzględnie zabijać rebeliantów.

W jednej ręce prezydent trzyma kij, a w drugiej marchewkę. Marchewka to amnestia dla wszystkich, którzy nie mają krwi na rękach i nie finansowali „terrorystów”.

A co z innymi? Przecież to ci inni – postawieni pod ścianą – będą walczyli jak lwy. I nas to jest sposób. Poroszenko proponuje „bezpieczny korytarz”. Formalnie dla „rosyjskich dywersantów”, w praktyce dla wszystkich.
Sens jest prosty: „Panowie jeśli zabijaliście uciekajcie, to lepsze niż podróż w czarnym worku”.

Gdy strzały umilkną ze Wschodem trzeba będzie się jakoś dogadać. I tu pojawia się wielki problem, bo gadać nie ma z kim.

Separatyści nie są partnerem z dwóch powodów.
P.P. nie może usiąść z nimi do stołu, bo ma ich za terrorystów. Rozmowa z nimi oznaczałaby wściekłość reszty kraju – to raz. A dwa, że separatyści nie mają sensownych przywódców, spójnych programów. W dodatku nikt ich do niczego nie wybierał – słowem rozmowa byłaby bez sensu.

Logiczne byłoby dogadanie się z lokalnymi władzami, ale te także są w rozsypce. Tu przecież tradycyjnie rządziła Partia Regionów, która się skompromitowała i podzieliła.
Stąd pomysł na szybkie wybory lokalne na Wschodzie:
„Wybierzcie sobie, kogo chcecie i jakoś się dogadamy”.

Dogadamy się? A co obiecuje Poroszenko?

1. Decentralizację władzy – to odpowiedź na żądanie federalizacji Ukrainy. Federalizacji nie będzie, ale więcej władzy i więcej pieniędzy zostanie w regionach.
Ma to być przeprowadzone na wzór polski. Tu widzę rękę Pawła Kowala, który w weekendowej Gazecie Wyborczej napisał: „zamiast proponowania Ukraińcom zainstalowania sobie okrągłego stołu z polskich wynalazków dużo lepsza byłaby ustawa gminna z 1990 r.”
Uważam, że nie jest to przypadek – Kowal zna Poroszenkę, koleguje się z nim i pewnie podpowiada mu pożyteczne rozwiązania.

2. Gwarancje dla nieskrępowanego używania języka rosyjskiego na Wschodzie. Poroszenko zastrzegł, że nadal obowiązuje art. 10 Konstytucji: „ukraiński jest jedynym państwowym”. Ale jednocześnie w orędziu zrobił sporo gestów, by Wschód uwierzył, że rosyjski nie będzie dyskryminowany. Nareszcie! Wojna językowa przynosiła Ukrainie tylko straty i dostarczała paliwa separatystom. A i tak od początku było wiadomo, że odchodzenie od rosyjskiego na wschodzie to projekt powolny, ewolucyjny. Na pewno nie da się sprawy załatwić ukazami, mandatami. Tego ostatniego oczywiście nikt tego nie robił, ale namiętności kipiały. Poroszenko chce je uspokoić.

3. Szacunek dla specyfiki regionów. Prawa lokalnej społeczności do własnej pamięci historycznej, własnego panteonu bohaterów, czy tradycji religijnych. Znów Poroszenko leje olej na wzburzone fale. Mówi Wschodowi: „Spokojnie, nikt nie będzie niszczył pomników Lenina, nikt nie będzie stawiał pomników Bandery. Nie będzie się mówiło, że Armia Czerwona to zdrajcy, a UPA to bohaterowie. Każdy będzie mógł czcić kogo sobie chce”.
No cóż taka już jest ta Ukraina: bez wspólnej historii i bohaterów. P.P. przekonuje, że mimo wszystko da się żyć w jednym domu.

4. Dalej są już tylko sprawy „rytualne” . Obietnice inwestycji, miejsc pracy i normalności.

Jak podsumować „wschodnią” część orędzia Poroszenki?
Ja zrozumiałem, że Poroszenko mówi: „Pogadajmy!”. Chce rozmowy niemal o wszystkim. Poza dyskusją pozostawił trzy rzeczy: przynależność Krymu do Ukrainy, kierunek na integrację z Europą i ustrój państwa (państwo unitarne, nie federalne).

Od tego, czy Wschód zacznie go słuchać zależy sukces albo porażka nowego prezydenta.

Paweł Reszka

ps. Na fotografii proukraińska demonstracja przed pomnikiem Szewczenki w Symferopolu w lutym 2014 r. Dziś jedynak ukraińska flaga na Krymie wisi na siedzibie Medżlisu.

Donbas nie Krym

Majdan 1942

Ślimacząca się do tej pory operacja antyterrorystyczna nabrała wigoru. Rebelianci zajęli lotnisko w Doniecku i szybko, choć po ciężkich bojach zostali z niego wyparci.

Ukraińska armia rzuciła wszystko, co miała – śmigłowce, samoloty i desant. Separatyści z ciężkimi stratami musieli wycofać się do centrum miasta. Pierwszy raz Kijów pokazał im, że łatwo nie będzie. I nikt bez walki niczego nie odda.

Lotnisko to poważna sprawa, nie jakiś tam budynek administracji, czy rady miasta. Ukraińskie władze dobrze pamiętają, co się stało, gdy straciły lotnisko w Symferopolu. Rozzuchwalone „zielone ludziki” w ciągu kilkunastu dni przejęły kontrolę nad całym Półwyspem.

Zdaje się, że tym razem Kijów nie chce popełnić takiego samego błędu – to jest stracić prowincje, przy zachowaniu podręcznikowej bierności.

Ryzyko tak twardych działań jest jednak ogromne – walki mogą przenieść się z przedmieść do centrum wielkiego, prawie milionowego miasta. Cywilnych ofiar nie da się uniknąć – już są pierwsze. Moskwa już gniewnie pomrukuje, a za chwilę zacznie grozić. Na Zachód raczej nie ma co liczyć – co dobrze pokazała aneksja Krymu.

Separatyści szykują się do walk w mieście, budują barykady na drogach wjazdowych i oczekują na posiłki.

Poprzedniej nocy przez rosyjsko – ukraińską granicę (Nowoprochorowka – Astachowo, w obwodzie Ługańskim) przerwał się transport ciężarówek wypełnionych bronią i „ochotnikami”. To znaczy, że Ukraińcy nie kontrolują granic, a Rosja dywersantów przepuszcza – to są niepokojące dla zwolenników zjednoczonego państwa wiadomości.

Co to za „ochotnicy”? Na pewno to nie regularna rosyjska armia tak jak to było na Krymie. Inne uzbrojenie, inne mundury, inna dyscyplina. Wyglądają raczej na zbieraninę zaprawionych w bojach najemników. Bez wiedzy Kremla oczywiście nie hasaliby sobie po sąsiednim kraju. Jednak wydaje się, że to nie Kreml koordynuje akcję.

Za to w sprawie rebelii wyjątkowo aktywny jest Ramzan Kadyrow prezydent rosyjskiej Czeczenii. Na Krymie ostrzegał Tatarów przed buntem. Na wschodzie negocjował, z sukcesem, uwolnienie dwóch dziennikarzy rosyjskiej stacji Lifenews, których ukraińska armia zatrzymała pod zarzutem współpracy z terrorystami.

Aleksandr Łukianienko, mer Doniecka powiedział oficjalnie, że wśród rannych w walkach o lotnisko jest ośmiu z tamtej strony granicy z Groznego, Gudermesu, Moskwy i Krasnodaru.

Spotkania z Czeczenami w Doniecku potwierdzają reporterzy. Sam zresztą spotkałem kilka tygodni temu takiego bojownika w siedzibie administracji obwodowej zajętej przez separatystów. Miałem okazję go obserwować dłuższą chwilę. Od ok. 20. letnich rówieśników odróżniał się brodą i dobrym wojskowym ubraniem. Trzymał się trochę z boku i niemal się nie odzywał – widział, że jestem dziennikarzem, więc może, dlatego. Gdy w końcu przemówił usłyszałem ciężki, kaukaski akcent.

We wschodniej Ukrainie, odróżnieniu od tego co było na Krymie – Moskwa nie ma za bardzo z kim rozmawiać. Tam sprawy były proste. Namiestnikiem odpowiedzialnym za operację „Aneksja” (rosyjscy PR-owcy nadali jej oficjalną nazwę „Krymska wiosna”) został wyznaczony Władimir Kostantinow. Przewodniczący parlamentu, człowiek bogaty i wpływowy – który wiedział, że niebawem może znaleźć się za kratkami za separatyzm.

Konstantinow walczył nie tylko o „wolność” Krymu, ale i o wolność osobistą. Siłą wykonawczą został Siergiej Aksjonow – mianowany premierem. Lider marginalnej prorosyjskiej partii, człowiek z bogatą przeszłością kryminalną.

Obaj potrafili wykonać szereg zadań: od przepychania uchwał przez parlament, przez dogadanie się z milicją, po sprawne przeprowadzenie referendum.

W Doniecku i Ługańsku? Nic z tych rzeczy. Separatyści kłócą się między sobą publicznie, powołują różne „twory”, następnie się z tego wycofują, referendum odbyło się, ale do tego krymskiego mu bardzo daleko. Kto, gdzie i za co tam odpowiada trudno dociec. Nie ma jednego lidera. Nie ma się więc z kim układać. Można za to się łatwo sparzyć. Moskwa musi więc stawiać na pośrednika.

Ramzan się nadaje, bo on ułoży się z każdym. A jak się nie ułoży to każe go odstrzelić.

Rebelia trwa już od wielu tygodni. Nie jest to szybka akcja jak na Krymie. Kontrolowane przez separatystów nich rejony powoli zamieniają się w krainę bezprawia. Mnożą się rabunki, egzekucje, kradzieże samochodów, porwania dla okupu. Ludzie na to patrzą i powoli zaczynają mieć dość. „Nie” dla Kijowa powszechne na wschodzie, nie oznacza jeszcze „tak” dla anarchii.

Petro Poroszenko – prezydent elekt – podobno zaczął prowadzić sekretne rozmowy z Partią Regionów. Powiedziała o tym Anna German – przez lata lojalna współpracowniczka Wiktora Janukowycza, a kiedyś korespondentka Radia Swoboda w Warszawie.
Ostatnio zagroziła procesem dziennikarzowi, który oskarżył ją o wieloletnią współpracę z KGB – chce 300 tysięcy dolarów, które ma przeznaczyć na ukraińską armię.

Przy okazji German stwierdziła, że doniecki oligarcha Rinat Achmetow powinien stanąć na czele Partii Regionów.

Myśl o włączeniu do rozgrywki Partii Regionów nie jest nowa. Rzucił ją jeszcze w lutym były prezydent Leonid Kuczma. Sens był taki: Partia Regionów powinna wykorzystać wszystkie możliwości, by ocalić jedność terytorialną kraju. Dzięki temu może „wygrać” drugie polityczne życie, odkupić winy z czasów niszczenia Majdanu.

Obecna władza ma na wschodzie marne wpływy – ludzie ich zwyczajnie nie lubią. To nie zaskakuje – Partia Regionów zawsze robiła najlepszy wynik w obwodach Donieckim i Łużańskim (2012 r. odpowiednio 57 i 65 procent, przy średniej w całym kraju 34 proc. W 2007 r. było jeszcze lepiej 72 i 73 proc, przy średniej 32).

Może więc Poroszenko rzeczywiście jest gotów na pakt z diabłem, by ocalić ojczyznę? Gdyby się udało nikt rozsądny nie robiłby mu zarzutu. Tymczasem sam Achmetow, który potępił separatystów i „zaatakował” ich wyciem syren w swoich fabrykach wyjechał do Kijowa.

Nie wiadomo do końca, w co gra i wobec kogo jest lojalny.

A separatyści grają ostro. Ostatnio jeżdżą po donieckich kopalniach, rozdają broń i namawiają górników, by się do nich przyłączyli. Sytuacja jest coraz bardziej napięta, a ofiar coraz więcej.

Ciąg dalszy – niestety – nastąpi.

Paweł Reszka

ps. na zdjęciu widać separatystę, którego „zdjąłem” w końcu kwietnia na przedmieściu Słowiańska – wyglądał na fachowca.

Nadzieja dla Ukrainy

Petro Poroszenko wygrał w pierwszej turze i to jest dobra wiadomość dla Ukrainy.

Ukraińcy mają nareszcie głowę państwa, która ma legalny, pochodzący z powszechnych wyborów, mandat. Nie będzie drugiej tury – a więc i groźby rozlewu krwi, zrywania elekcji przez separatystów.

Poroszenko to polityk doświadczony, śmiały i sprytny. Miałem okazję obserwować go w ostatnich tygodniach. Podzielę się dwoma wrażeniami.

21 lutego widziałem jak chytrze trzyma się z boku. Liderzy opozycji właśnie podpisali porozumienie z Wiktorem Janukowyczem.

Dawało ono czas ówczesnemu prezydentowi na zebranie sił i ponowne skonsolidowanie obozu władzy. W zamian W.J. obiecał, że nie będzie używał siły. Po podpisaniu dokumentu Witalij Kliczko i Arsenij Jaceniuk uścisnęli dłoń Janukowycza.

Wieczorem na Majdanie rozpętało się piekło. Kliczko i Jaceniuk zostali wygwizdani. W tym czasie telewizyjny Kanał 5 – własność Poroszenki transmitował program, który składał się z dwóch obrazków. Pierwszy to trumny zabitych przez siły specjalne demonstrantów niesione przez plac na ramionach ludzi. Drugi to zakończenie negocjacji i uścisk dłoni. Poroszenko już wówczas śnił o prezydenturze.

Niedługo potem zobaczyłem Poroszenkę w Symferopolu – zajętym przez rosyjskich „zielonych ludzików” i pospolite ruszenie separatystów.

Wówczas nikt z Kijowa na Krym nie jeździł. Wymagało to wielkiej odwagi. Poroszenko przekonał się o tym osobiście, bo na placu przed lokalnym parlamentem otoczył go tłum – który miał ochotę na lincz.

Szedł w kierunku dworca kolejowego ochraniany przez garstkę policjantów i wściekłą tłuszczę. Zaimponował spokojem i odwagą – bo śmierć zaglądała mu w oczy.

Przyznam, że wówczas pierwszy raz nieco inaczej spojrzałem na „czekoladowego króla”. Pokazał, że jest kimś więcej niż prozachodnim oligarchą.

Zaraz po ogłoszeniu wyników Poroszenko zaczął mówić o amnestii dla rebeliantów z Doniecka i Ługańska. Wyraził gotowość do rozmówi z Władimirem Putinem.

To znaczy, że jest realistą – wie, że wschodnie regiony w dużej części nie głosowały. Musi robić wszystko, żeby się jakoś dogadać, posklejać rozpadający się kraj. Stać się prezydentem całej Ukrainy, zyskać czas.

Szansę ma – bo wschodni separatyści złapali wyraźna zadyszkę. Nie mają planu co robić dalej. Armia nie była w stanie wypchnąć ich z miast i budynków, które kontrolują. Ale i im brak sił by rozszerzać antyukraiński bunt. Kreml milczy, a ludzie, mieszkańcy wschodu Ukrainy, zaczynają już mieć dość życia w zawieszeniu.

Jak powiedziała mi w piątek znajoma ze Słowiańska zajętego od tygodni przez separatystów:

„Mieszkańcy Słowiańska nie chcą ani Moskwy, ani Kijowa, ani armii, ani partyzantów. Chcą by nareszcie zostawiono ich w spokoju”.

To ewidentny czas na polityczną ofensywę nowego prezydenta.

Paweł Reszka

Majdan pięć po pierwszej

Plac tonie w ogniu i dymie. Szturm Berkutu został jeszcze raz odbity. Ale płomienie zajęły Dom Związków Zawodowych. Tam był sztab Majdanu i centrum prasowe. Ze płynie sceny modlitwa.

Przerywa ją wezwanie:

– Potrzebne maski gazowe. W sztabie nie działają już windy. Na 8 piętrze są odcięci ludzie. Chłopcy pomóżcie.

Paweł Reszka