Archiwa tagu: Ukraina

Ukraina na skraju wojny domowej

W Kijowie przynajmniej kilkanaście ofiar śmiertelnych. Zginęli cywile, ale i milicjanci. Przypuszczam, że trupów przybędzie – tak samo jak rannych. W stolicy Ukrainy wprowadzono de facto stan wyjątkowy.

Siłowy wariant realizowany przez władze, likwidacja Majdanu – może skończyć się bardzo źle. W skrajnym przypadku nawet wojną domową.

Próbowałem na szybko posiłkując się informacjami Ukraińskiej Prawdy, Radia Swoboda i strony Euromajdan odtworzyć jak doszło do kryzysu.

Zaczęło się rano od pokojowego marszu demonstrantów z Majdanu w kierunku Rady Najwyższej.

Celem marszu było wywarcie nacisku na parlament, który zbierał się o 10.00 (podaję wszędzie czas kijowski, w Warszawie jest o godzinę wcześniej). Opozycja żądała m.in. powrotu do konstytucji z 2004 r.(system parlamentarno – gabinetowy) oraz ukarania winny bicia i torturowania aktywistów Majdanu.

Depesza Radia Swoboda z 8.35:
„O 8.00 sformowano kolumny, które mają kierować się ku budynkom Rady. Jedna z nich idzie po ulicy Instytuckiej”.

Co wynika z tej informacji? Tyle, że demonstranci wyszli poza zajmowany przez siebie obszar, przeszli przez swoje dwie barykady. Ruszyli na „teren” kontrolowany przez Wojska Wewnętrzne i Berkut. Na czele pokojowego pochodu – z tego co zauważyłem szli m.in. Oleg Tiahnybok (Swoboda), Arseni Jaceniuk (Batkiwszczina) oraz Andrij Porubij (komendant Majdanu, także poseł Batkiwszczyny).

Teraz chwila geografii. Ulica Instytucka prowadzi od Majdanu Niezależnosti, obok hotelu Ukraina w górę. Idąc nią mija się po lewej stronie odległy o 150 metrów budynek Rady Ministrów, a potem odległy o 200 metrów Parlament. Jeśli iść jeszcze dalej Instytucką i skręcić (przy numerze 26) w lewo dojdzie się do Parku Marinskiego – gdzie mitygowali zwolennicy władzy, ochraniani przez milicję i mające własne „siły zbrojne”, czyli napakowanych koleżków w dresach zwanych „tituszkami”.

Wszystkie boczne uliczki były zablokowane przez stojące w poprzek Kamazy – chodziło o to, żeby demonstranci nie przedarli się w pobliże budynków administracji państwowej.

Na ciężarówkach stali uzbrojeni w tarcze i pałki żołnierze Wojsk Wewnętrznych, za nimi stały już poważniejsze siły m.in. Berkut.

Na moje wyczucie: wyprowadzanie kilkunastu tysięcy ludzi z Majdanu w bezpośrednie pobliże Wojsk Wewnętrznych, milicji i Berkutu było decyzją bardzo ryzykowną.

Dlaczego?

Demonstranci byli już bardzo zmęczeni i poirytowani wielotygodniowym staniem na placu. Czekaniem na koniec kolejnych rozmów między opozycją, a władzą. Przekładaniem terminów i odkładaniem finału do kolejnego zebrania Parlamentu.

Ludzie z Majdanu mają w pamięci to jak milicja ich biła, polewała wodą, a w końcu strzelała do nich.

Większość aktywnych manifestantów, członków Samoobrony Majdanu to ludzie młodzi – uzbrojeni w pałki, hełmy, tarcze, którzy pełnią codzienne nudne warty na barykadach. Ich rozpiera żądza czynu, oni czekać nie lubią.

Teraz stanęli oko w oko ze swoimi prześladowcami – a konkretniej mówiąc maszerowali obok nich zawartą kolumną.

Na początku nie działo się nic. Demonstranci zajęli ulicę Instytucką. Po 9 byli już w Parku Marinskim w bezpośrednim sąsiedztwie mitingu zwolenników Wiktora Janukowycza. Na ulicy Hruszewskiego (równoległa do Instytuckiej) zaczęły się koncentrować oddziały wojsk wewnętrznych i milicji.

Co było dalej? Wystarczyła iskra, by doszło do strać. Na stronie Ukraińskiej Prawdy jest taki film:

Pokazuje rozmontowywanie „barykady” z ciężarówek na ulicy Hruszewskiego, przy Parku Marinskim. Wściekli (choć dobrze wyposażeni) demonstranci wchodzą na samochody i ściągają z nich milicję.

Widzieliśmy potem kilku milicjantów pobitych, w porwanych mundurach – których demonstranci odprowadzali do sztabu Majdanu w Domu Związków Zawodowych (jak rozumiem po to by nie doszło do czegoś gorszego).

Trudno obiektywnie ocenić, kto zaczął starcia. Wiadomo, że Berkut użył granatów hukowych i gazu łzawiącego. Mówiło się o prowokatorach.

Jedno jest pewne sytuacja wymknęła się spod kontroli opozycji.

Na Ukraińskiej Prawdzie o 9.44 pojawiła się informacja, że Samoobrona Majdanu próbowała oddzielić tłum od Wojsk Wewnętrznych – by uniknąć prowokacji, ale jak widać się nie udało.

O 11 Radio Swoboda donosiło o walkach w Parku: milicji rzucała granaty hukowe, demonstranci koktajle Mołotowa. Demonstranci zaczęli zajmować dachy okolicznych budynków, by pozbyć się snajperów Berkutu, weszli także do siedziby Partii Regionów przy ulicy Lipskiej, obok parku. Kamienica została podpalona. Podobnie jak dwa kamazy w pobliskim zaułku.

W południe MSW zaczęło informować o ofiarach wśród swoich funkcjonariuszy.

Niedługo przed 13 Oleh Tiahnybok oświadczył, że władza ma pół godziny by poddać pod głosowanie projekt opozycji dotyczący zmiany konstytucji i uspokoić sytuacje.

Ciekawe, czy było to tylko takie sobie gadanie polityka, czy swoiste ultimatum – albo idziecie na ustępstwa, albo demonstranci przyjdą po was.

Chwilę potem władza przeszła do ofensywy.

Informacje z Ukraińskiej Prawdy:

13.20 na rogu Instytuckie i Szełkowicznej Berkut (uwaga: Berkut nie żadne liche Wojska Wewnętrzne) zaczął rozganiać demonstrantów: „Strzelają prosto w tłum”.

14.18 milicja strzela do demonstrantów z dachów kamienic.

14.46 „tituszki” strzelali z pistoletów do ludzi.

15.07 pierwsze doniesienie o trzech ofiarach śmiertelnych.

Kiedy sytuacja wymykała się spod kontroli liderzy opozycji byli w budynku Parlamentu, usiłując zmusić władze do ustępstw.

Tymczasem władza dostała doskonały pretekst do tego by przypuścić szturm. Czego trzeba więcej? Budynek Partii Regionów płonie, milicjanci ranni, „wzięci do niewoli”, starcia tuż przy radzie Najwyższej. W dodatku barykady zamykające dostęp do Majdanu były przez pewien czas osłabione, bo duża część obrońców brała udział w starciach w dzielnicy rządowej.

Około 16 Berkut był już na Placu Europejskim tj. sforsował główne barykady na Hruszewskiego. Działał brutalnie – co chwila dowiadywaliśmy się o kolejnych trupach.

Chwilę potem przestało działać metro kijowskie (żeby odciąć Majdan od posiłków z miasta), potem wyłączono transmisję związanego z opozycją „5 kanału”. No i przyszedł czas na szturm samego Majdanu.

Od 13.20 wszystko działo się szybko, logicznie tak jakby scenariusz został napisany przez władze wcześniej.

No, ale pretekst dała przecież opozycja organizując marsz na Radę Najwyższą.

Dlaczego?

Nie pomyśleli, że dojdzie do starć? Musieli to zrobić, bo Majdan od nich oczekiwał działania? Liczyli, że władza przestraszy się tłumów, ulegnie, zgodzi się na ich żądania, ale przeszacowali siły?

Pierwszy scenariusz jest chyba zbyt naiwny. Dwa pozostałe wchodzą w grę. Jak by nie było Wiktor Janukowycz wykorzystał to by przystąpić do szturmu.

W chwili, gdy piszę te słowa Majdan skurczył się do niewielkiego skrawka terytorium. Centrum Kijowa płonie, Berkut przypuszcza kolejny szturm.

Janukowycz jest tak blisko zdławienia protestu na placu, że chyba nie zechce się zatrzymać.

Co dalej? Młodzi wściekli na władzę ludzie nawet, jeśli zostaną rozgonieni nie ustąpią. Nie rozejdą się do domów, nie uznają porażki. Tyle, że teraz już nikt nie będzie w stanie ich kontrolować.

Rozbite miasteczko Majdan rozejdzie się po całym Kijowie, a może po innych miastach. (Radykalny Prawy Sektor już wzywał ludzi mających broń strzelecką do stawienia się na placu – dotychczas taki oręż był na Majdanie zakazany przez komendanta).

Jeśli tak się stanie Ukrainę może czekać krwawa wojna domowa.

Paweł Reszka

Jaki jest plan, panie Jacku?

Znajomy dziennikarz Wołodymir Semkiv przesłał mi link do takiego filmu:

Wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego Jacek Protasiewicz jeszcze 1 grudnia 2013 r. na Majdanie w Kijowie zapowiedział:

„Jesteście częścią Europy. A ponieważ jesteście częścią Europy nie ma akceptacji dla użycia brutalnych sił policji przeciwko pokojowym demonstrantom. Nigdy, przenigdy. Odpowiedzialni za użycie siły powinni być ukarani”.

Pytanie: Jaki jest plan, panie Jacku?

Paweł Reszka

U nas wojna, Pawle

„Pawle, u nas wojna” – właśnie dostałem wiadomość od mojego ukraińskiego przyjaciela.

I następną: „Jest bardzo realne, że wieczorem będą rozganiać Majdan. To oznacza wiele ofiar. Straszne”.

– Jak to powstrzymać? – pytałem.

– Nie wiem. Może telefon do W.J., od kogoś ważnego? Naprawdę nie wiem – odparł.

Telefon?

Bronisław Komorowski od tygodni usiłuje się dodzwonić do W.J., ale on nie podnosi słuchawki. Wiceminister Katarzyna Pełczyńska Nałęcz rano na prezydium Sejmu informowała posłów, że ambasada RP w Kijowie nie jest w stanie zapewnić im bezpieczeństwa… To pokazuje jakie są dziś możliwości.

Mój ukraiński przyjaciel i ja jesteśmy rówieśnikami. Oprócz tego dziennikarzami. Bawią nas te same kawały, te same sprawy budzą lęk. Lubimy ze sobą gadać i pić wódkę.  Ja mieszkam tu, on tam – tylko to nas dzieli.

Łatwo mi się postawić na jego miejscu.

A więc jak ja bym się czuł gdyby do demonstrantów strzelano nie na ulicy Hruszewskiego w Kijowie, ale np. w Alejach Ujazdowskich w Warszawie?

Bo przecież, co innego, gdy strzelają jak jesteś w dalekim kraju. A inna zupełnie rzecz, gdy zabijają o kilka ulic od twojego domu. Kulkę może przecież dostać ktoś bliski, znajomy, demonstrant, czy zwyczajny obcy mi przechodzień.

Gdyby strzelali tu w Warszawie pomyślałbym, że to okropne.

A na co bym liczył?

Pewnie, że ktoś zareaguje, spróbuje powstrzymać to szaleństwo.

Uważałbym, że mi się to należy. Jestem Europejczykiem, płacę podatki, nikomu niczego złego nie robię. Nikt normalny nie powinien pozwalać, żeby strzelali mi przed domem!

Włączyłbym telewizor albo radio. Chciałbym się dowiedzieć jak zareaguje świat, zawłaszcza ci, którzy deklarowali latami jak bardzo mi na mnie zależy i jak bardzo mnie lubią. Dokładnie teraz oczekiwałbym od nich, że coś zrobią.

I usłyszałbym wiele słów:

„Dramatyczny zakręt, na którym znalazła się Ukraina może być dobrą okazją do pogłębiania polskiej sympatii deklarowanej wobec narodu ukraińskiego.”

„Z naszymi partnerami będziemy szukali takiego sposobu postępowania, które powinno przynieść pożądany skutek.”

„Nasz niepokój budzi przede wszystkim spirala przemocy, bo chyba niestety o takim zjawisku dzisiaj trzeba mówić.”

„Z prawdziwym bólem dowiadujemy się o eskalacji konfliktu na Ukrainie.”

Przestałbym słuchać. Zrozumiałbym, że oni mi nie pomogą, że ci ludzie, tego nie potrafią.
Skończył im się plan, a drugiego nie mają.

Co zrobiłbym dalej?

Może usiadłbym przed komputerem i napisał do swojego kumpla?

„Igorze, u nas wojna”.

Paweł Reszka

ps.

Popołudniu prezydent Komorowski dodzwonił się w końcu do prezydenta Janukowycza. Zaapelował o powstrzymanie przelewu krwi.

Kijów – demonstranci wypchnięci z dzielnicy rządowej

W Kijowie niespokojna noc. Demonstranci byli konsekwentnie spychani w kierunku Chreszczatyku i Majdanu Niezałeżnosti (duża brązowa kropa). Tak jakby władze chciałby mieć wszystkich „buntowników” skupionych w jednym miejscu, na niedużej przestrzeni.

Około pierwszej (czyli naszej dwunastej) milicja rozebrała resztki barykady przy ulicy Gruszewskiego. Ludzie zostali przegonieni w kierunku Majdanu (strzałka niebieska, ta najbliżej Dniepru).

Po godzinie drugiej w nocy rozbito barykadę na rogu ulic Bohomolca i Szowkowicznej (niebieska kropka z żółtym iksem najbardziej na południe). Także jej obrońców zepchnięto w stronę Majdanu, na Chreszczatyk.

Po godzinie trzeciej – zlikwidowano ostatnie punkty trzymane przez demonstrantów w rejonie ulicy Bankowej, przy Administracji Prezydenta.

Wygląda na to, że dzielnica rządowa została w nocy ostatecznie „oczyszczona” i według ostatnich wieści Ukraińskiej Prawdy całkowicie zablokowana przez siły porządkowe. Pojawiło się tam 20 autobusów z milicją.

Jednocześnie Majdan i Chreszczatyk są izolowane od zachodu.
Jak napisał mój przyjaciel, ukraiński dziennikarz Wachtang Kipiani nad ranem, po godzinie czwartej, milicja zablokowała wjazdy na Chreszczatyk od ulic Prorizna i Puszkinska (czarne iksy).

Niespokojną noc mieli demonstranci zabarykadowani w budynku Rady Miejskiej (biały kwadrat, przy Chreszczatyku). Wyłączono im prąd, więc wszyscy spodziewali się szturmu. Tym bardziej, że w pobliżu pojawiły się trzy potężne wywrotki i dwa traktory – bez tablic rejestracyjnych.

Gdy korespondent Ukraińskiej Prawdy pytał kierowców czy są pracownikami służb miejskich usłyszał w odpowiedzi:

– W zasadzie tak.

Jednak do szturmu nie doszło, a światło na powrót włączyli.

Przy okazji „Reporterzy bez granic” potępili wczorajsze najazdy na niezależne redakcje: „Wyczerni Wiesti”, „INTV” oraz „Cenzor.net”.

Dokonali ich niezidentyfikowani i uzbrojeni osobnicy – ubrani w mundury podobne do tych, których używają ukraińskie służby specjalne.

„Reporterzy” zwracają uwagę na mnożące się ataki hackerskie na strony mediów takich jak Ukraińska Prawda, czy Kyiv Post.
Według ich obliczeń na Ukrainie od początku protestów pobito około 50 dziennikarzy.

Przydałaby się jeszcze jakaś konkluzja. Moim zdaniem – tak na logikę – w grę wchodzą dwa scenariusze:

1. Władze kompletnie oszalały i przygotowują się do szturmu Majdanu.
2. Wiktor Janukowycz, chce naprawdę podjąć rozmowy z opozycją. Pokazuje, więc kto tu rzeczywiście jest silny i przy okazji odblokowuje dzielnicę rządową, przywracając, o tyle o ile, funkcjonalność państwa.

A jak będzie to zobaczymy pewnie niebawem.

Paweł Reszka

Ukraina – bardzo złe wieści

Euromajdan w Kijowie został otoczony przez milicję i wojska wewnętrzne. Opozycja gotuje się na odparcie szturmu.

Zły scenariusz – o którym pisałem 5 grudnia – może się spełnić lada chwila. Nasi parlamentarzyści, którzy wrócili wówczas z Kijowa mówili mi wówczas o „czarnym poniedziałku” – czyli spodziewanym ataku na pokojową demonstrację na kijowskim Majdanie.

Wiktor Janukowycz liczył, że mróz i śnieg przerzedzi szeregi jego politycznych przeciwników. Wtedy to łatwiej będzie można ich rozproszyć.

Opozycja – spodziewając się takiego scenariusza – zaczęła wznosić barykady i gotować się do walki.

Głos lidera partii „Udar” wieszczy jak najgorszy rozwój sytuacji. Witalij Kliczko wzywa na plac. Jednocześnie prosi, by miejsce, w którym odbywa się demonstracja opuściły kobiety i dzieci.

Po jednej stronie milicja i wojska wewnętrzne – uzbrojone po zęby. Jednostka specjalna Berkut, która pokazała co znaczy brutalność.

Po drugiej stronie zabarykadowani, osaczeni w budynku Ratusza młodzi ludzie – uzbrojeni w drewniane kije, zdeterminowani by się bronić za wszelką cenę.

Wszystko postawione jest na ostrzu noża. Wystarczy, że komuś puszczą nerwy i proeuropejski, obywatelski protest skończy się krwawą jatką – która na długo podzieli Ukraińców, sprawi, że dialog nie będzie już możliwy.

To najgorsze, co może się zdarzyć.

„Okrągły stół” przestaje być opcją dla opozycji, a staje się pilną potrzebą.

Paweł Reszka

Ukraina – strach przed czarnym poniedziałkiem

Parlamentarzyści wrócili właśnie z Kijowa. Miron Sycz – polski poseł o ukraińskich korzeniach – jest nakręcony jak zegarek.

– To jest kurcze piękne. Stoi człowiek na Majdanie i 200 tysięcy osób krzyczy „Polszcza diakujemo!” – mówił mi godzinę temu w Sejmie.

Ale to koniec dobrych wiadomości. Jak powiedział Sycz w rozmowach z opozycją dominował strach przed tym co może zdarzyć się w poniedziałek.

– Prezydent Janukowycz zdąży wrócić z chińskich peregrynacji – opowiadał poseł PO – W sobotę i niedzielę na placu będzie dużo osób, więc się nie odważą. W poniedziałek demonstrantów ubędzie. I wtedy spodziewają się rozwiązania siłowego.

Groźba jest widać realna.

Przy okazji nasi posłowie odwiedzili Monaster św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach – miejsce, w którym schronienie znaleźli demonstranci bici i ścigani przez milicję w sobotę nad ranem. Odważni mnisi dali studentom jeść, pić, rozłożyli dywany i koce, żeby mogli się przespać po morderczej nocy.

Patriarcha Filaret, głowa Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego otwarcie popiera „europejską rewolucję”:
– Modlimy się do Pana, by pomógł nam wstąpić do UE dla zachowania naszej państwowości, pokoju oraz polepszenia życia obywateli – mówił w jednym z wywiadów.

Kiedy polscy posłowie zapytali go jakie widzi wyjście z zapętlonej sytuacji, blisko 85 letni Filaret, nie wahał się z odpowiedzią:
– Jak to co? Wystarczy zamrozić wszystkie konta zagraniczne ukraińskich oligarchów i ich dzieci. A oni już przybiegną do Janukowycza i wytłumaczą mu, że ma podpisać co trzeba. Tylko o koniecznie dzieciach pamiętajcie!!!

W języku dyplomatycznym rozwiązanie, które miał zaproponować Fileret nazywa się zastosowaniem ograniczonych sankcji wobec reżimu. I ta propozycja w „Reszce świata” już padała.

I na koniec. Wiem, sprawy na Ukrainie są dziś tak ważne, że nie należy ich mulić polskim piekiełkiem. Jednak nie potrafię się powstrzymać.
Syczowi w Kijowie towarzyszył Grzegorz Schetyna. Jestem złośliwy specjalnie. G.S. jest szefem sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. Zaś jego aktywność w sprawach ukraińskich jest niemal niedostrzegalna.

Tymczasem miał i ma do odegrania kluczową rolę – gdzie nie może prezydent, gdzie nie wypada ministrowi spraw zagranicznych i tam gdzie głos opozycji brzmi za słabo – jest miejsce właśnie dla niego.

Z tego, co wiem mądrzy ludzie od kilku dobrych tygodni namawiali Schetynę do zdecydowanych działań. Mówili, że to dobre dla niego, ważne dla Polski i Ukrainy.
Na nic.

Pochodzący nota bene rodzinnie ze Lwowa przewodniczący siedział w swojej sejmowej „pieczarze”, zastanawiając się co to będzie w sobotę:
„Wytną mnie, czy nie wytną z zarządu partii”.
A kogo to dziś obchodzi?

Paweł Reszka

ps. wizerunek Monasteru Michajłowskiego pochodzi z Wikipedii

Czy pan Wiktor to mężczyzna?

Z panem Wiktorem Janukowyczem miałem przyjemność raz w życiu.

Był rok 2006. Janukowycz, który dwa lata wcześniej musiał ustąpić pod naciskiem „Pomarańczowej rewolucji”, właśnie tryumfalnie wrócił do władzy.

Był w stanie się podnieść, wygrzebać z błota, wejść na szczyt. Siedział w fotelu premiera Ukrainy, rządził, delektował się nagrodą. Wielu ludzi myślało sobie: „Cholera, jakie to niesprawiedliwe”, by zaraz dodać: „No, ale taka jest właśnie demokracja, cholera!” (mieliśmy to i w Polsce, prawda?).

Pamiętałem W.J. jeszcze z czasów zbuntowanych pomarańczy. Wielki, uparty chłop o zaciętej twarzy. Jego spojrzenie mówiło wszystko: „Władza jest moja, nie oddam jej za nic, zrobię wszystko, by ją utrzymać”.

Aleksander Kwaśniewski powiedział mi właśnie, w wywiadzie dla „Tygodnika”, ciekawą rzecz. Janukowycz do dziś ma do niego pretensje za poparcie „pomarańczowej rewolucji”. Do dziś uważa, że został okradziony ze zwycięstwa.

Myślę, że gdyby w 2004 r. użycie siły zależało od W.J., zrobiłby to bez wahania. Ukraina miała szczęście, że to Leonid Kuczma, a nie Janukowycz wydawał wówczas rozkazy.

W 2006 r. – gdy rozmawialiśmy – Janukowycz miał dobry moment. Był stonowany, akuratny, zrównoważony. Do dziś nie wiem, czy grał, czy ciągle był pod wrażeniem rewolucyjnej porażki, która nauczyła go pokory, kazała mu się zmienić. Latami uciekał od wizerunku z 2004 r. – na jaki sobie zasłużył i jakim obdarzył go zbuntowany Majdan Niezależnosci.

Wyciągano mu kryminalną przeszłość – dwa wyroki skazujące za kradzież z rozbojem (przełom lat 60. i 70.). Odsiadkę w więzieniu, marne wykształcenie, nieszczególne maniery i język ukraiński, który opanował w stopniu dość przeciętnym, by nie powiedzieć prymitywnym.

Janukowycz chciał za wszelką cenę zerwać z tą przeszłością – uzyskać bilet wstępu na salony.

Nie było to w żadnym razie łatwe. Na Janukowyczu ciążyła nie tylko przeszłość, ale i własna fizyczność.

Bliskie spotkanie z nim zaczyna się od zdziwienia: „Rany, jaki to wielki chłop”. Potem przykuwa uwagę jego niezwykła ociężałość i nieporadność w ruchach, powolność wyrażania myśli.

W.J. ma skłonność do popadania w tarapaty, robienia seryjnych faux pas. Ukraińcy widzieli, jak przytrzaskuje się drzwiami, jak wieniec, który zamiast leżeć spokojnie (jak wieńce mają w zwyczaju) unosi się z wiatrem i trafia go prosto w czoło. Obywatele słyszeli zapewnienia prezydenta: „Zrobię wszystko, by Ukraina, była krajem niebezpiecznym” i zrywali boki, gdy pomylił Annę Achmatową z oligarchą Rinatem Achmetowem.

Dla polityka, który gra twardziela, przewodnika stada – nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż śmiech. Ludzie mają prawo się ich bać, pogardzać, nienawidzić – to wszystko mieści się w konwencji. Gdy zaczynają się naigrywać jest jasne, że czas się kończy – chyba że potrafisz to powstrzymać.

Dziś cała przeszłość, przed którą W.J. uciekał latami, powraca. Ulica krzyczy: „Zeka het!” (Precz z kryminalistą), studenci wysyłają go do więziennej celi. Internet znów ryczy ze śmiechu. Wraca Achmetowa, drzwi, wieniec…

Nie uciekł więc.

Janukowycz jest wściekły.

Janukowycz jest samotny. To przywilej i zmora wszystkich dyktatorów – małych i dużych, krwawych i tych początkujących. Mogą zwalać na kogoś winę, mogą wtrącić kogoś do lochu, ale nie mogą podzielić się odpowiedzialnością.

Żal mu władzy? Wiadomo. Sam dzięki niej stał się oligarchą, a jego rodzina – potężnym finansowym klanem. A na Ukrainie – pieniądze decydują. Kupić można tu wszystko, oprócz ludzkiej pamięci.

O co idzie więc gra? Na jednej szali leży kasa i zaszczyty. Na drugiej jedna zadrukowana linijka. Ta, co będzie kiedyś stała przy nazwisku Janukowycz w Wielkiej Ukraińskiej Encyklopedii.

Możliwości są dwie. Albo napiszą „prezydent Ukrainy”, albo „polityk odpowiedzialny za wydanie rozkazu…”.

Żeby wygrać, mężczyzna musi czasem ustąpić. Tylko czy pan Wiktor jest mężczyzną?

Kijów bajkowy

W Kijowie wciąż stoją na Majdanie. Milicja ich szarpie, jest zimno i ma się na śnieg.

Dziewięć lat temu śnieg już od dawna leżał na ulicach. Majdan był tak samo zapełniony. Ludzie śpiewali, że są razem i nikt ich nie zwycięży, ale lękali się.
Plotka mówiła, że do miasta zbliżają się kolumny rządowych czołgów, że święto wolności za chwilę zostanie utopione we krwi.

Była sobota. Zmęczony i zmarznięty wyszedłem z Majdanu. Maszerowałem przed siebie bez myśli i celu.

Na Andrijewskij Uzwis, być może najpiękniejszą ulicę na świecie, trafiłem przypadkiem.

„Wije się w dół między kolorowymi kamieniczkami od barokowej cerkwi, gdzie lubił stać w milczeniu Mikołaj Gogol, aż do placu Kontraktowego, skąd już blisko do powolnie płynącego Dniepru. Uzwis przysypany jest śniegiem, który tłumi kroki i dźwięk kół przejeżdżających z rzadka samochodów. Do sprzątania śniegu nikt nie ma głowy, bo w Kijowie trwa rewolucja” – zapisałem wtedy w notatniku.
Śnieg tłumił kroki samotnego, zagubionego przechodnia. Zza zamglonych szyb kafajek przyglądały mi się z ciekawością pięknie ubrane panie, pochylone nad kieliszkami czerwonego wina. Z góry, z wysokości poupychanych na strychach pracowni mierzyli mnie wzrokiem malarze.
Tu rewolucja tliła się. Nie w radosnych okrzykach, ale w cichych rozmowach przy kawie. Nie na transparentach, a wśród pomarańczowych kokard wpiętych w butonierki i płaszcze eleganckich par.
Na parterze w kamienicy pod numerem 13. stał wazon z trzema herbacianymi różami.
Tatiana Rogozowska starszy pracownik naukowy Muzeum M. A. Bułhakowa w Kijowie, ubrana w pomarańczową marynarkę, wzięła mnie pod rękę.

Weszliśmy na piętro. Tatiana zatrzymała się przy oknie w pokoju gościnnym państwa Turbinów.
To tutaj zimą „wielkiego i strasznego” 1918 roku, usłyszawszy strzały, wbiegła trójka rodzeństwa. Pierwszy Nikołka, który odrzucił w kąt gitarę, za nim jego siostra Jelena i najstarszy brat, pułkownik Aleksiej Wasiliewicz.
– Za oknem trwała rewolucja, ale nie zobaczyli nic. Tylko płatki spadającego śniegu i ogniki. Zupełnie jak dzisiaj – Tatiana szeptała mi do ucha.

Spojrzałem. Obraz za oknem był rozmazany, nierzeczywisty.
Pomyślałem, że muszę już iść, muszę się śpieszyć. Może na Majdan wjeżdżają już czołgi, może Berkut bije „pomarańczowe dzieci”.
Pożegnałem się zbyt szybko. Pobiegłem w górę ulicy. Niebawem znów byłem w rozkrzyczanym tłumie.

Święto trwało.

Władza nie użyła siły. Wolała ustąpić niż okryć się niesławą.

„Pomarańczowe dzieci” zwyciężyły. Cały Kijów stał się na chwilę bajkowym miastem.
Na chwilę, bo potem, z każdym rokiem smak pomarańczy stawał się coraz bardziej gorzki.

Dziś, po dziewięciu latach, „pomarańczowe dzieci” są za bardzo dorosłe. Życie zdążyło dać im mocno po plecach, wyleczyć z wielu marzeń.
A jednak nie zniknęli. Owijają się europejskimi flagami, podrygują na majdanach i znów lękają się, że władza użyje siły.
Lękają się podwójnie – bo wraz z nimi stoi już nowe pokolenie. „Dzieci pomarańczowych dzieci”. One już poczuły jak smakuje uderzenie pałką. Ale władze już wiedzą jak smakuje ich gniew, który rozlewa się po całej Ukrainie.
Może to powstrzyma Janukowycza przed używaniem siły? Może Kijów znów będzie bajkowy, tym razem na dłużej?

Paweł Reszka

 

ps.

Zdjęcie Behemota z Andrijewskiego Uzwisu z Wikipedii

Zadumany Kozak

(to najnowszy felieton dla TP)

Lubiłem kiedyś chodzić do Galerii Trietiakowskiej w Moskwie i patrzeć na obraz Ilji Riepina „Kozacy piszą list do sułtana”.

Dopiero po jakimś czasie pojąłem, że to wcale nie jest ten słynny obraz, ale zaledwie jego pierwszy szkic. Różnica między nim a ostatecznym dziełem – które można zobaczyć w Petersburgu – jest potężna.

Niby na jednym i drugim płótnie widać te same postaci. Twarze uniesione szaleńczym śmiechem, porwane wymyślaniem największych obelg, którymi za chwilę obrzucą wielkiego władcę Mehmeda IV. Wolnym Kozakom wszak nikt nie zabroni nazwać sułtana: diabłem tureckim, świńskim pastuchem, psem rzeźnika. Zrobią to, choćby za chwilę miał się skończyć cały świat.

Trzech potężnych monarchów – polski, turecki i rosyjski – uśmiechało się wówczas do Zaporożan. Każdy chciał otoczyć ich opieką, każdy był gotów oferować wieczystą przyjaźń. To był krótki czas, w którym mogli przebierać w przyjaciołach. Wybrali, jak wiadomo, „przyjaźń” z carem.

Skąd więc różnica między szkicem a obrazem?

Na szkicu wszyscy są rozbawieni. Na drugim planie obrazu pojawia się niski zadumany człowiek, który kręci wąsa i ze smutkiem spogląda w kierunku stołu, gdzie pisze się pismo.

O czym myśli? O chwili, gdy ucichnie spazmatyczny śmiech, a trupy kozackie będą z rozkazu carów płynąć w dół przez porohy? Gdy złota wolność i rogata dusza zostanie zakuta w kajdany, a potem wcielona do armii imperium? Przecież to się stanie. Już wkrótce. Oczy zamyślonego Kozaka mówią, że się tego domyśla, że to wie.

Ciekawe, jak stereotyp oszalałych Kozaków, których widać na płótnie Riepina, różni się od stereotypu współczesnego Ukraińca w oczach Rosjan. Wiem, że o stereotypach mówić nie wypada, ale skoro już zacząłem…

Dla przeciętnego Rosjanina stereotypowy Ukrainiec to raczej skąpiec i wyrachowany kombinator. Słowiańskiej, szczerej duszy w nim za grosz.

Riepin opowiada raczej o naszych wyobrażeniach o Ukraińcach. Przecież to w naszych oczach są oni uwielbiającymi chaos wesołkami. Jak już przyjadą do pracy, harują jak woły robocze. A jak wrócą tam do siebie, wszystko gotowi przehulać za noc – taką już mają bohunową duszę. Czasem myślę, że Niemcy muszą podobnie patrzeć na nas. Z pewną jednak różnicą.

Bohunowa, unosząca się w oparach anarchii dusza Ukraińca częściej niż podobna mu kmicicowa dusza Polaka przekłada się na całość życia narodu. My się też lubimy potargać za czuby, ale nie do tego stopnia, żeby prać się po pyskach w parlamencie! Poza tym my dokładnie wiedzieliśmy, dokąd chcemy iść, i w końcu, po wielu wyrzeczeniach, jakoś tam doszliśmy.

A oni?

Maszerować na wschód, czy na zachód? A może w ogóle nigdzie nie maszerować? Hulaj dusza! Ciągle niczego nie wiedzą! Stąd traktujemy ich jak niesforne dzieciaki. Trzeba im wszystko wytłumaczyć, opowiedzieć, wziąć za rękę, pomóc – zostać mentorem i adwokatem.

Ale Ukraińcy wcale nie są niesfornymi dziećmi. To jest dorosły naród. Spotykam się z nimi ostatnio bardzo często. Niezależni dziennikarze, naukowcy, intelektualiści, wiedzą, że czasu zostało niewiele. Już w listopadzie, w Wilnie, zapadnie decyzja, w którą stronę pójdzie ich kraj, i będzie ich wiązać na długie lata.

Wschód kusi przyjaźnią i dobrobytem. Zachód, zakopany w swoich kłopotach, nie kusi niczym. Niczego nie obiecuje. Nie jest już pięknym klejnotem. Pełno na nim rys i jego wartość rynkowa mocno spadła.

Ale jednak elita intelektualna Ukrainy nie ma wątpliwości, dokąd ich kraj w listopadzie powinien się udać. To oni są współczesnymi zadumanymi Kozakami z obrazu Riepina. Patrzą z drugiego planu na ryczącą ze śmiechu klasę polityczną, która rozkrada państwo, niszczy demokrację, zamyka się nawzajem w więzieniach. Gdy mówią, politycy nie słyszą, choćby i miał nastąpić koniec świata.

Politycy na koniec świata zdążyli się już zabezpieczyć. Odłożyli okrągłe sumki, pobudowali piękne domy, posyłają dzieci do elitarnych szkół. Oni już są w Unii Europejskiej. Nie potrzebują paszportu. Za paszport robią ich wypchane portfele.
Dlatego im nie zależy na tym, jaka decyzja zapadnie w Wilnie. Ja zaś kibicuję milczącym Kozakom. W końcu i tak to oni kiedyś muszą wziąć górę.

Paweł Reszka