Archiwa tagu: Ukraina

Sprawa Sycza, syna banderowca

Napisałem właśnie komentarz do papierowej wersji „Tygodnika Powszechnego” o sejmowej awanturze wokół posła PO i dałem mu tytuł: „Słuchajcie Sycza”.

Rzecz dotyczy wypowiedzi Mirosława Golby z „Solidarnej Polski”: „Na sali jest poseł, którego ojciec działał w bandzie UPA »Mesnyki«. Odpowiedzialnej za spalenie wsi, w której mieszkali moi rodzice. Bardzo proszę, panie premierze, nie słuchać tego człowieka”.

Wszystko to po wywiadzie na temat historii swojej rodziny, którego Sycz udzielił mi dla „Tygodnika” jakiś czas temu.

Gdy już posłałem ten komentarz, powiadomiłem redaktora Michała Okońskiego, że zaraz napiszę coś jeszcze. Mianowicie wredny wpis na bloga. Chciało mi się pokpić z posła Golby. Bo skoro Sycz ma milczeć dlatego, że jego ojciec był w UPA, to może trzeba przeprowadzić ogólną lustrację przeszłości rodzin parlamentarzystów?

Dlaczego Adam Hofman czy Jerzy Wenderlich mają się wypowiadać na tematy niemieckie? Może jakiś Ulrich Wenderlich walczył pod Grunwaldem? A jakiś Ulrich Hofman był jego giermkiem. A może było na odwrót?

Trzeba wyjaśnić! sama litera „a” w spisie posłów daje wiele do myślenia: „Achinger, Ajchler, Andzel, Arent, Arkit, Arndt, Ast”. To początek alfabetu, a jaki niepokój!

Dobrze, że Mirosław Czech nie jest już posłem, tylko niezależnym publicystą. On byłby podwójnie podejrzany – nie dość, że Czech, to jeszcze etniczny Ukrainiec.

Stwórzmy jasne ramy dla osób publicznych: Godson nie wypowiada się w sprawach boskich i afrykańskich, a Syryjczyk musi milczeć o Bliskim Wschodzie. Żaden z nich nie byłby przecież obiektywny.

Lustracja po nazwiskach byłaby tylko początkiem. Każdy musiałby złożyć oświadczenie, co robili jego przodkowie. Np. Mirosław Golba musiałby napisać: „Mój ojciec został wywieziony w 1939 r. na Kamczatkę. Później dostał się do Armii Sowieckiej, przeszedł cały front i wrócił w 1945 r.” (to urywek wywiadu Golby dla portalu gazeta.pl).

Zaraz, zaraz! Ojciec Golby był w armii sowieckiej? Tej, która masowo gwałciła, mordowała, okupowała, czy w jakiejś innej? Poseł Golba jest obiektywny? Może powinien milczeć w sprawach Polski – Ukrainy i historii w ogóle?

Ojciec pana posła nie miał innego wyjścia? Mógł najwyżej zginąć na Kamczatce? Takie są powikłane losy ludzkie, w nieprostej historii XX wieku? Ha, ha, ha! Ho, ho, ho! Niejeden wnuk, co miał dziadka w Wermachcie tłumaczył się tak samo, prawda?

Mógłbym tak sobie kpić godzinami, ale nie będę. Bo nastroju do kpin nie mam, a i sprawa jest poważna

Gdy czytałem sobie wywiad Mirosława Golby, wstrząsnęła mną jedna wiadomość. Golba i Sycz pracują w jednym budynku sejmowym od 2007 r. – kawał czasu. Tymczasem:

„Czy kiedykolwiek rozmawiał pan z posłem Syczem o tym, co się wydarzyło 70 lat temu? Czy powiedział mu pan to prosto w oczy?” – pytała dziennikarka.
„Nie, nigdy z nim nie rozmawiałem”.

Panie pośle, to bardzo źle.

Historia bywa pokręcona. Każdy naród ma swoje spojrzenie na te same wydarzenia.

Dla Czeczenów żołnierze Asłana Maschdowa i bojownicy Szamila Basajewa byli bohaterami, dla Rosjan terrorystami zabijającymi kobiety i dzieci, którzy zdradziecko strzelali zza węgła. Tę samo retorykę odnoszono i w rosyjskiej publicystyce do Polaków, którzy występowali z bronią w XIX wieku.

Dla Żyda, więźnia Auschwitz, armia sowiecka to wyzwoliciele, a np. dla mieszkańców krajów nadbałtyckich to ciemiężyciele.

Co innego myśli Ukrainiec ze Lwowa, gdy słyszy UPA, a co innego myśli Polak. Tak samo jak inne uczucia mamy, gdy rozmyślamy o „Orlętach Lwowskich”.

Do końca nigdy się nie zgodzimy, ale warto „ich” wysłuchać, spróbować zrozumieć, dlaczego „oni” tak myślą. Co powinno działać w dwie strony.

Dlatego długo namawiałem Mirona Sycza na wywiad dla „Tygodnika”. Nie chciał, bo ryzykował wiele. Wiedział, że wszystko może obrócić się przeciwko niemu. I się obróciło, m.in. za sprawą posła Golby.

Media – z natury szybkie i powierzchowne – chętnie cytowały fragmenty tej rozmowy. Największą popularnością cieszył się cytat: „Byłem chowany w nienawiści do Polaków”.

Uciekła gdzieś dramatyczna historia całej rodziny. Ojca, który był żołnierzem polskiej armii w 1939 r., który skazany przez komunistyczny trybunał siedział w celi śmierci z żołnierzami AK. Matki wywiezionej w akcji Wisła, której „Polacy kojarzyli jej się z żołnierzem w rogatywce z orzełkiem, który przyszedł do ich domu i powiedział: »Macie półtorej godziny na spakowanie rzeczy«”. Ciotki, która powtarzała: „A za co mam lubić ich, że wygonili mnie z domu? Że nie możemy się odnaleźć po całym świecie? Że mnie bili?”. Cała wieś Ostre Bardo składała się z takich wysiedleńców. Dzieci szły do pierwszej klasy i nie rozumiały ani słowa, bo lekcja prowadzona była po polsku.

Dlatego Sycz był „chowany w nienawiści do Polaków”. Dlatego jego matka pierwsze dobre słowo o Polsce powiedziała, gdy w telewizji zobaczyła nasze flagi na Majdanie, podczas Pomarańczowej Rewolucji

A przecież Sycz potrafił Polskę pokochać, odnaleźć się w niej, zrobić karierę.

On nie musiał dawać tego wywiadu. Zrobił to, żebyśmy zrozumieli, bo to może nam pomóc w realnym, a nie papierowym, pompatycznym i pustym pojednaniu.

I ma za swoje – syn banderowca.

Paweł Reszka

Historia wywiadu

Przeprowadziłem setki wywiadów w życiu. Podchodzę do nich z zawodowym chłodem. Ale ten z Mironem Syczem (posłem PO, szefem sejmowej komisji ds. mniejszości) był rzeczywiście niezwykły. Rozmawialiśmy o nim z Syczem od kilku miesięcy. Pomysł wziął się stąd, że Sycz kiedyś się wygadał:

– Wie pan, że ja do siódmego roku życia nie mówiłem po polsku? – wypalił nagle.

To akurat wiedziałem, ale Sycz ciągnął: – Moja mama pierwszy raz powiedziała coś dobrego o Polakach w czasie Pomarańczowej Rewolucji. Patrzyła na biało-czerwone flagi na Majdanie, płakała i modliła się za tych, którzy pomagają Ukrainie.

Pomyślałem, że chcę mieć tę opowieść. Tylko Sycz nie wiedział, czy chce mi to powiedzieć „na taśmę”. Kiedyś w żartach oznajmił: „Mam poglądy na każdą ze spraw, o które pan chce pytać. Co więcej – potępiam je”.

Tydzień temu znów się spotkaliśmy:

– To kiedy wywiad, panie pośle?

– Poczekajmy, jestem wyjątkowo zajęty.

– Niech pan na mnie popatrzy i powie, czy to problem kalendarza, czy nie jest pan gotowy psychicznie.

Sycz zamyślił się i zaciągnął papierosem:

– Nie jestem gotów.

– Nigdy pan nie będzie gotów, wie pan?

– Wiem.

– To umawiamy się na jutro.

– Dobra, ale wie pan, że wszyscy nas rozjadą?

– Tak, to możliwe.

Sycz bał się, że opowieść o jego życiu może pokomplikować trudne sprawy między Polską a Ukrainą, i to w 70. rocznicę Wołynia. Ja mu mówiłem, że jego historia pozwoli Polakom lepiej zrozumieć Ukraińców, przez chwilę spojrzeć na świat ich oczami.

Spotkaliśmy się wieczorem w jego pokoju sejmowym. Palił jednego papierosa za drugim, czasem szkliły mu się oczy, ale odpowiadał na wszystkie pytania:

– Co tata robił w UPA?

– Mam wyrok na ojca, znam przebieg śledztwa. Zarzucono mu, że miał karabin z 30 nabojami, że uczestniczył w strzelaniu do WP i Armii Czerwonej, uczestniczył w paleniu domów.

– I co pan myśli?

– Skazano go na karę śmierci, chociaż nic mu nie udowodniono.

– Mama?

– Pochodzi z Chotyńca, została z rodziną wysiedlona na Warmię w czasie akcji Wisła. Mama miała żal do Polaków…

– O co?

– Polacy kojarzyli jej się z żołnierzem w rogatywce z orzełkiem, który przyszedł do ich domu i powiedział: „Macie półtorej godziny na spakowanie rzeczy”. Oni tego nie rozumieli. Czym zawinili? Dlaczego muszą odchodzić ze swojego domu? Dokąd ich wywożą?

– Wyrósł pan wśród takich opowieści?

– Słuchałem ich przez całe dzieciństwo. Matka, ciotka, cała wioska Ostre Bardo o tym mówiła: „Polski żołnierz, orzełek na rogatywce, półtorej godziny”. Nie byłem chowany, delikatnie mówiąc, w miłości do Polaków.

– Tylko w nienawiści?

– Tak, w nienawiści.

Kiedy skończyliśmy Sycz westchnął:

– I co myśmy narobili? Nie zaszkodzimy sprawie? Bo wie pan, ja wierzę w to pojednanie polsko-ukraińskie. Haruję jak wół. Jeśli to właśnie schrzaniliśmy…

– Może nie? Może właśnie pomożemy? Ciągle pudrujemy, lukrujemy, a tak naprawdę nikt nikogo nie potrafi wysłuchać, nikt nikogo nie stara się zrozumieć.

– A jak schrzanimy?

– To staw rybny sobie założymy u pana na Warmii.

Pierwszy raz tego wieczoru Sycz się uśmiechnął.

Cały wywiad z Mironem Syczem w najnowszym „Tygodniku Powszechnym”.

Wyrób dziennikarskopodobny

Wyrób dziennikarskopodobny
Figlarze związani z partią władzy na Ukrainie zrobili sobie telewizyjne show. Podają się za dziennikarzy śledczych i robią programy. Oczywiście temat jest jeden: „Jaka podła ta opozycja”.
Najgłośniejszy program dotyczył Julii Tymoszenko. Figlarze – znanymi tylko sobie sposobami – podglądali byłą premier Ukrainy w szpitalu, w którym Tymoszenko odbywała karę więzienia. Wyszło im, że „chora na kręgosłup” Julia siedzi, czyta, pisze, a nawet chodzi. Znaleźli świadka, który twierdził, że śmiga po sali na wysokich obcasach. Co to znaczy? Kręgosłup to tylko ściema.
Program był emitowany zaraz po wieczornych wiadomościach. Tylko trwające chwilę napisy na końcu informowały, że to nie materiał dziennikarski, a jedynie agitacja przedwyborcza.
Można się zżymać na zdziczenie obyczajów na Ukrainie. Jednak i w Polsce jest szansa, że dziennikarzy zastąpią wyroby dziennikarskopodobne. Są już tego pierwsze oznaki. W Sejmie ostatnio widujemy lobbystów (albo byłych lobbystów), PR-owców (albo byłych PR-owców), którzy noszą plakietki z napisem „Prasa”. Nie wiem, co robią w Sejmie, ale dziennikarzami na pewno nie są. Ten kto był lobbystą, pracownikiem firmy PR, rzecznikiem, urzędnikiem, politykiem – powinien mieć drzwi do zawodu zamknięte na zawsze. To prawo działało kiedyś. Dziś już nie działa.
A nie działa, bo dziennikarstwo jest słabe i biedne. O wydawcach prasy ostatnio dyskutuje się nie jako o ludziach, którzy chcą pokazywać rzeczywistość i patrzeć władzy na ręce, ale jak o starych alimenciarzach o pokrętnej duszy.
– Czy Twój ci już zapłacił?
– Tak, a Twój?
– Na razie połowę, ale obiecał, że reszta będzie po 15.
Reporterzy boją się podejmować trudne tematy, bo nie są pewni, czy ich „alimenciarz” wstawi się za nimi w sądzie, czy też będą musieli odpowiadać i płacić w razie przegranej sami. Nad wszystkimi wisi paragraf 212 kk, dzięki któremu każdy dziennikarz może szybko stać się kryminalistą.
Nie chcę wylewać krokodylich łez, bo środowisko ma się za co uderzyć w piersi. Jesteśmy upolitycznieni, podzieleni, niezbyt mądrzy. Kilka ważnych tekstów z przeszłości– co wyszło po latach – było mocno przestrzelonych. Dziś wielu z nas nie potrafi sobie poradzić w warunkach kryzysu.
Jednak – i w to wierzę – nie jesteśmy skorumpowani i ciągle uważamy, że bierzemy pieniądze za to, żeby patrzeć władzy, biznesowi, politykom na ręce. Albo żeby opowiadać o tym jak jest.
Widać to w wielu publikacjach – choćby ostatnio o Amber Gold i o tym co wyczynia MSZ w sprawach białoruskich. Widać to po pracy dziennikarzy w Sejmie. Widać po kilku naprawdę niezłych książkach reporterskich.
To się niezbyt podoba politykom i biznesmenom. Ci, którzy mają pieniądze, potrafią ich użyć, żeby uciszyć niepokorne redakcje. Ci, którzy mają władzę, potrafią obsobaczyć dziennikarza: „Won do PiS-u”. Potem płoną wozy transmisyjne, a anonimy w internecie oplugawiają reporterów.
Dzięki politykom i biznesmenom – którzy wolą mieć spokój, dzięki słabości środowiska, jest społeczne przyzwolenie na takie działanie. Nie wiem gdzie się to skończy, ale boję się, że skończy się niedobrze.
Już zaczynają pojawiać się – na razie zawoalowane – groźby wobec bardzo znanych i bardzo dobrych dziennikarzy. Wiem, co piszę i mam nadzieję, że nikt nie zechce posunąć się dalej. Byłoby to niezwykle groźne nie tylko dla reporterów (akurat ci, o których piszę, poradzą sobie doskonale), ale dla stanu państwa. Mówię, to serio.
Przez lata widziałem jak postępował podobny proces w Rosji. Zaczęło się od oplugawiania i obrzydzania dziennikarzy. Potem przejmowano media i w miejsce oplugawionych zatrudniano takich, którzy byli łasi na kasę i zaszczyty. I zawsze potrafili się odwdzięczyć „tekstem po linii”. A końcu – tych co mimo wszystko usiłowali pracować normalnie – bito i zabijano. Kiedy już dziennikarzy zabijali, to społeczeństwo biło brawo: „Dobrze im tak, bo dziennikarze to k…”
Jedną z takich „k…” – jak rozumiem – była Anna Politkowska. Jedna z najodważniejszych i najuczciwszych reporterek jakie poznałem w życiu. Politkowska nie oszczędzała nikogo: ani Federalnych, ani Czeczenów – to znaczy wrogów miała wszędzie. Nikt, ona też, nie liczył ile razy była pod ostrzałem, ile widziała trupów, ilu rannych, ilu ludziom pomogła.
Jedni tchórze wyzywali ją przez lata, inni tchórze grozili jej przez lata, a jeszcze inni zamordowali w centrum Moskwy, wystrzałem z pistoletu.
To smutna historia. Znana na razie z Rosji.

Figlarze związani z partią władzy na Ukrainie zrobili sobie telewizyjne show. Podają się za dziennikarzy śledczych i robią programy. Oczywiście temat jest jeden: „Jaka podła ta opozycja”. Najgłośniejszy program dotyczył Julii Tymoszenko. Figlarze – znanymi tylko sobie sposobami – podglądali byłą premier Ukrainy w szpitalu, w którym Tymoszenko odbywała karę więzienia. Wyszło im, że „chora na kręgosłup” Julia siedzi, czyta, pisze, a nawet chodzi. Znaleźli świadka, który twierdził, że śmiga po sali na wysokich obcasach. Co to znaczy? Kręgosłup to tylko ściema.

Program był emitowany zaraz po wieczornych wiadomościach. Tylko trwające chwilę napisy na końcu informowały, że to nie materiał dziennikarski, a jedynie agitacja przedwyborcza.

Można się zżymać na zdziczenie obyczajów na Ukrainie. Jednak i w Polsce jest szansa, że dziennikarzy zastąpią wyroby dziennikarskopodobne. Są już tego pierwsze oznaki. W Sejmie ostatnio widujemy lobbystów (albo byłych lobbystów), PR-owców (albo byłych PR-owców), którzy noszą plakietki z napisem „Prasa”. Nie wiem, co robią w Sejmie, ale dziennikarzami na pewno nie są. Ten kto był lobbystą, pracownikiem firmy PR, rzecznikiem, urzędnikiem, politykiem – powinien mieć drzwi do zawodu zamknięte na zawsze. To prawo działało kiedyś. Dziś już nie działa.

A nie działa, bo dziennikarstwo jest słabe i biedne. O wydawcach prasy ostatnio dyskutuje się nie jako o ludziach, którzy chcą pokazywać rzeczywistość i patrzeć władzy na ręce, ale jak o starych alimenciarzach o pokrętnej duszy.

– Czy Twój ci już zapłacił?

– Tak, a Twój?

– Na razie połowę, ale obiecał, że reszta będzie po 15.

Reporterzy boją się podejmować trudne tematy, bo nie są pewni, czy ich „alimenciarz” wstawi się za nimi w sądzie, czy też będą musieli odpowiadać i płacić w razie przegranej sami. Nad wszystkimi wisi paragraf 212 kk, dzięki któremu każdy dziennikarz może szybko stać się kryminalistą.

Nie chcę wylewać krokodylich łez, bo środowisko ma się za co uderzyć w piersi. Jesteśmy upolitycznieni, podzieleni, niezbyt mądrzy. Kilka ważnych tekstów z przeszłości– co wyszło po latach – było mocno przestrzelonych. Dziś wielu z nas nie potrafi sobie poradzić w warunkach kryzysu.

Jednak – i w to wierzę – nie jesteśmy skorumpowani i ciągle uważamy, że bierzemy pieniądze za to, żeby patrzeć władzy, biznesowi, politykom na ręce. Albo żeby opowiadać o tym jak jest.

Widać to w wielu publikacjach – choćby ostatnio o Amber Gold i o tym co wyczynia MSZ w sprawach białoruskich. Widać to po pracy dziennikarzy w Sejmie. Widać po kilku naprawdę niezłych książkach reporterskich.

To się niezbyt podoba politykom i biznesmenom. Ci, którzy mają pieniądze, potrafią ich użyć, żeby uciszyć niepokorne redakcje. Ci, którzy mają władzę, potrafią obsobaczyć dziennikarza: „Won do PiS-u”. Potem płoną wozy transmisyjne, a anonimy w internecie oplugawiają reporterów.

Dzięki politykom i biznesmenom – którzy wolą mieć spokój, dzięki słabości środowiska, jest społeczne przyzwolenie na takie działanie. Nie wiem gdzie się to skończy, ale boję się, że skończy się niedobrze.

Już zaczynają pojawiać się – na razie zawoalowane – groźby wobec bardzo znanych i bardzo dobrych dziennikarzy. Wiem, co piszę i mam nadzieję, że nikt nie zechce posunąć się dalej. Byłoby to niezwykle groźne nie tylko dla reporterów (akurat ci, o których piszę, poradzą sobie doskonale), ale dla stanu państwa. Mówię, to serio.

Przez lata widziałem jak postępował podobny proces w Rosji. Zaczęło się od oplugawiania i obrzydzania dziennikarzy. Potem przejmowano media i w miejsce oplugawionych zatrudniano takich, którzy byli łasi na kasę i zaszczyty. I zawsze potrafili się odwdzięczyć „tekstem po linii”. A końcu – tych co mimo wszystko usiłowali pracować normalnie – bito i zabijano. Kiedy już dziennikarzy zabijali, to społeczeństwo biło brawo: „Dobrze im tak, bo dziennikarze to k…”

Jedną z takich „k…” – jak rozumiem – była Anna Politkowska. Jedna z najodważniejszych i najuczciwszych reporterek jakie poznałem w życiu. Politkowska nie oszczędzała nikogo: ani Federalnych, ani Czeczenów – to znaczy wrogów miała wszędzie. Nikt, ona też, nie liczył ile razy była pod ostrzałem, ile widziała trupów, ilu rannych, ilu ludziom pomogła.
Jedni tchórze wyzywali ją przez lata, inni tchórze grozili jej przez lata, a jeszcze inni zamordowali w centrum Moskwy, wystrzałem z pistoletu.

To smutna historia. Znana na razie z Rosji.

Ministrze Gowin! Niech Pan napije!

Ministrze Gowin! Niech Pan napije!
Dziś jest pite! Niestety nie w Warszawie, ale w Kijowie. W ćwiczone będą piercowki, chrzanówki, karmelówki, miodówki, wiśniówki oraz wódki czyste, klasyczne.
W czym rzecz? Na Ukrainie przepadła właśnie w parlamencie ustawa o odpowiedzialności karnej dziennikarzy za oszczerstwo. To efekt wielotygodniowego protestu reporterów. Były plakaty, niezależne media drukowały białe strony, dziennikarze organizowali pikiety! W końcu zwycięstwo!
Koledzy jesteście zuchy! Gratulacje i szalonej zabawy! A kiedy będziecie wypijali kolejną lufę piercowki (gorąco polecam) pomyślcie o polskim ministrze Jarosławie Gowinie.
Gowin jest smutny. Stracił właśnie sojusznika.
Gdy Wiktor Janukowycz na chama próbował wprowadzać odpowiedzialność karną dziennikarzy podpierał się przykładami „cywilizowanych krajów”. Jak go pytali, gdzie jeszcze obowiązuje takie prawo mówił z uśmiechem: „Polska!”
Na szczęście Janukowycz ochłonął. W ten sposób, Gowin został ze swoim artykułem 212 kk w samotności, a samotność doskwiera!
Ukraińscy dziennikarze walczyli jak lwy, bo z takim kneblem jaki chciał im założyć prezydent niewiele mogliby napisać i powiedzieć. Byliby w bagnie po uszy…
Oho, już słyszę jak Gowin opowiada, że Ukraina to nie Polska. Że u nas sądy są inne!
A czy ja wiem? Niektórzy sędziowie mają na przykład zamiłowanie do rozmawiania przez telefon! I to z podróbkami asystentów ministra Arabskiego. A co by był gdyby do takiego sędziego zadzwonił prawdziwy asystent Arabskiego? Albo sam Arabski?
Ja się boję. Mnie Arabski na przykład nie lubi! Wywiadów nie daje, spotykać się nie chce, za to (tak jak sędziowie) lubi gadać przez telefon. Z kim on nie gada? Z premierami, dyplomatami, prezydentami, a kiedyś nawet z samym prezesem PAP! Pamiętacie? Arabski może gadać z każdym, bo Arabski jest wielka szyszka!
A minister Gowin (też jest wielka szyszka) z artykułem 212 kombinuje. Raz chce go przerabiać, raz chce go zmiękczać – nie ma tylko ochoty, by go po prostu wykreślić. Nie wiem czego się boi.
A więc koledzy Ukraińcy! Jak już wytrzeźwiejecie zapraszamy do Polski! Weźcie transparenty, plakaty i wszystkie gadżety. Powalczymy o wolność słowa na naszym terenie!
Jeśli weźmiecie ze sobą butelkę piercowki (polecam ją po raz drugi – ten wpis zawiera lokowanie produktu!) to i tak nie zaprosimy na nią Gowina. On i tak piercowki nie pija, łyka najwyżej kwaśne winko, które jak raz pasuje do jego dzisiejszego nastroju.
No chyba, że Gowin zmieni zdanie w sprawie 212. Weźmiecie wówczas mniej transparentów, a więcej piercowki. Wtedy możemy się z nim napić.
Bud’mo!

Dziś jest pite! Niestety nie w Warszawie, ale w Kijowie. W ćwiczone będą piercowki, chrzanówki, karmelówki, miodówki, wiśniówki oraz wódki czyste, klasyczne.

W czym rzecz? Na Ukrainie przepadła właśnie w parlamencie ustawa o odpowiedzialności karnej dziennikarzy za oszczerstwo. To efekt wielotygodniowego protestu reporterów. Były plakaty, niezależne media drukowały białe strony, dziennikarze organizowali pikiety! W końcu zwycięstwo!

Koledzy jesteście zuchy! Gratulacje i szalonej zabawy! A kiedy będziecie wypijali kolejną lufę piercowki (gorąco polecam) pomyślcie o polskim ministrze Jarosławie Gowinie. Gowin jest smutny. Stracił właśnie sojusznika.

Gdy Wiktor Janukowycz na chama próbował wprowadzać odpowiedzialność karną dziennikarzy podpierał się przykładami „cywilizowanych krajów”. Jak go pytali, gdzie jeszcze obowiązuje takie prawo mówił z uśmiechem: „Polska!”.

Na szczęście Janukowycz ochłonął. W ten sposób, Gowin został ze swoim artykułem 212 kk w samotności, a samotność doskwiera!

Ukraińscy dziennikarze walczyli jak lwy, bo z takim kneblem jaki chciał im założyć prezydent niewiele mogliby napisać i powiedzieć. Byliby w bagnie po uszy…Oho, już słyszę jak Gowin opowiada, że Ukraina to nie Polska. Że u nas sądy są inne! A czy ja wiem? Niektórzy sędziowie mają na przykład zamiłowanie do rozmawiania przez telefon! I to z podróbkami asystentów ministra Arabskiego. A co by był gdyby do takiego sędziego zadzwonił prawdziwy asystent Arabskiego? Albo sam Arabski?

Ja się boję. Mnie Arabski na przykład nie lubi! Wywiadów nie daje, spotykać się nie chce, za to (tak jak sędziowie) lubi gadać przez telefon. Z kim on nie gada? Z premierami, dyplomatami, prezydentami, a kiedyś nawet z samym prezesem PAP! Pamiętacie? Arabski może gadać z każdym, bo Arabski jest wielka szyszka!

A minister Gowin (też jest wielka szyszka) z artykułem 212 kombinuje. Raz chce go przerabiać, raz chce go zmiękczać – nie ma tylko ochoty, by go po prostu wykreślić. Nie wiem czego się boi. A więc koledzy Ukraińcy! Jak już wytrzeźwiejecie zapraszamy do Polski! Weźcie transparenty, plakaty i wszystkie gadżety. Powalczymy o wolność słowa na naszym terenie! Jeśli weźmiecie ze sobą butelkę piercowki (polecam ją po raz drugi – ten wpis zawiera lokowanie produktu!) to i tak nie zaprosimy na nią Gowina. On i tak piercowki nie pija, łyka najwyżej kwaśne winko, które jak raz pasuje do jego dzisiejszego nastroju.

No chyba, że Gowin zmieni zdanie w sprawie 212. Weźmiecie wówczas mniej transparentów, a więcej piercowki. Wtedy możemy się z nim napić.

Bud’mo!